Od wielu tygodni tzw. świat zachodni koncentruje swoją uwagę na Ukrainie. Rzeczywiście, dzieją się tam rzeczy ważne, w tym niestety złe i niepokojące: na ulicach miast rozlewano ludzką krew, a Rosja – której wszyscy się boją, bo ma broń nuklearną – dokonała bezprawnej aneksji Krymu. Jednak w tym samym czasie, ok. 4 tys. km od Symferopola (stolicy Krymu), spustoszone zostało ok. 140-tysięczne miasto w wojnie domowej, w której śmierć poniosły już tysiące ludzi, a ponad milion zostało uchodźcami. Mowa o wewnętrznym konflikcie, który od kilku miesięcy wstrząsa najmłodszym państwem świata – Sudanem Południowym.
Konflikty na Ukrainie i w Sudanie Płd. zaczęły się w bardzo zbliżonym czasie. Start zamieszek w Kijowie nastąpił w końcówce listopada zeszłego roku, a konflikt w afrykańskim kraju rozgorzał w połowie grudnia, czyli raptem dwa tygodnie później.
Podstawowe różnice między tymi zdarzeniami widzę dwie:
1. W Sudanie skala zła jest nieporównanie większa, niż na Ukrainie. Zginęło znacznie więcej ludzi, popełniono znacznie więcej różnego rodzaju okrucieństw.
2. Gdy w Sudanie rebelianci pustoszyli ponad 100-tysięczne miasto, stolicę jednego ze stanów, media – przynajmniej te europejskie – niezmiennie koncentrowały się na wydarzeniach ukraińskich.
Sprawami sudańskimi interesuję się od dawna, już prawie od 3 lat. Tej części Afryki zacząłem przyglądać się w czasie, gdy Sudan Południowy miał jeszcze przed sobą secesję od swojego obecnego sąsiada, Republiki Sudanu. Chcąc jakkolwiek pomóc, w czerwcu 2011 roku założyłem na Facebooku stronę Modlitwa za Sudan, aby promować ideę duchowego wsparcia krajów, na terenie których tragiczną śmierć w ciągu ostatnich kilku dekad poniosły miliony (!) ludzi (podaje się, że tzw. II wojna sudańska w latach 1983-2005 była najkrwawszym konfliktem na świecie w czasach po II wojnie światowej) oraz gdzie ginęło za wiarę wielu chrześcijan.
Bezpośrednio do napisania tej notki skłoniła mnie natomiast relacja s. Eleny Balatti, kombonianki pracującej do niedawna w mieście Malakal. To właśnie ono zostało spustoszone w ramach obecnej wojny o władzę w Sudanie Południowym. Nie chcę już pisać o politycznych przyczynach tego konfliktu. Bardziej interesuje mnie cierpienie setek tysięcy ludzi połączone z nieświadomością społeczeństw w innych częściach świata.
Kto w Polsce zobaczył czy usłyszał w mediach o południowosudańskim konflikcie? Ośrodki medialne przez tygodnie żyły, a może nadal żyją, sytuacją na Wschodzie, a znacznie bardziej krwawe wydarzenia na kontynencie afrykańskim zdaje się – nie obchodzą ich. Oczywiście, ktoś może przytoczyć argument, że Afryka jest daleko, a Ukrainę mamy pod nosem. Jasne – zgadzam się, że naturalnie uwaga zwraca się bardziej na wydarzenia, które dzieją się za naszymi granicami i mogą mieć na nas wpływ. Ale my dzisiaj – w NATO i Unii Europejskiej – możemy czuć się w dużej mierze bezpieczni od napaści, od lat mamy pokój. Tymczasem społeczeństwa w Afryce takiego komfortu nie mają. Tam ludzie niekiedy wyrzynają się po prostu w pień. Nadal na jakąś skalę dochodzi do wydarzeń podobnych do tych, które miały miejsce w Rwandzie 20 lat temu. Wtedy też przy ogromnej obojętności świata Zachodu i wręcz pod nosem żołnierzy ONZ. Niestety, nic się chyba na świecie nie zmieniło od tamtego czasu. Rosja spokojnie anektuje sobie Krym, a w Afryce giną tysiące ludzi.
Ale spójrzmy na konkrety. W Sudanie Południowym główna linia konfliktu przebiega między ugrupowaniami należącymi z jednej strony do plemienia Dinka, a z drugiej – do grupy etnicznej Nuer. W uproszczeniu – przynajmniej tak to funkcjonuje w świadomości pewnie większości Sudańczyków – rząd należy do tej pierwszej, a wojują z nim rebelianci wywodzący się przede wszystkim z drugiej grupy. I tak w ostatni weekend jedna z organizacji Nuerów ogłosiła, że prorządowe oddziały z powodów etniczno-politycznych, od momentu wybuchu konfliktu, zabiły ponad 17,5 tys. (!) cywilów, członków ich plemienia. Podkreślam, że wymienia się tu „tylko” cywilne ofiary spośród Nuerów – do tego trzeba dodać inne ofiary konfliktu, w tym bojowników obydwu stron (liczba znana chyba tylko Bogu), nie mówiąc już o ponad milionie ludzi z różnych grup etnicznych, którzy musieli uciekać ze swoich domów.
Powyższa relacja obciąża stronę rządową czy szerzej – Dinków. Ale rebelianci także nie są wolni od zbrodni. To ich oddziały w ciągu dwóch miesięcy i w toku trzech ataków – od grudnia do lutego – spustoszyły wspomniane już miasto Malakal (napaści następowały w Boże Narodzenie, 14 stycznia oraz 18 lutego). Wg relacji s. Eleny, stolica stanu jest już właściwie pozbawiona mieszkańców. Tysiące z nich – wiadomo skądinąd – schroniły się w pobliskim kompleksie sił ONZ, gdzie powstał prowizoryczny obóz dla uchodźców, a reszta uciekła w dalsze strony.
Popełniono wiele okrucieństw. Zacytuję tutaj fragment depeszy agencji informacyjnej Fides, która pojawiła się także na polskich portalach katolickich:
Malakal zostało kompletnie zniszczone, wszystkie rządowe instytucje zostały obrabowane i spalone. Rebelianci dopuszczali się zbrodni na ludności cywilnej, zwłaszcza na kobietach. "Szczególnie podczas ostatniego ataku" - opisuje zakonnica, wspominając 9 młodych dziewcząt, które zostały zgwałcone w kościele Chrystusa Króla.
"Podczas ostatniego ataku, grupa mężczyzn, nazywająca siebie 'Białą Armią' dokonała zbrodni na ludziach którzy pochowali się w kościołach, szpitalu, sierocińcu. Niektórzy zostali zabici w kościołach".
Teoretycznie strony sudańskiego konfliktu podpisały 23 stycznia zawieszenie broni, ale nie było ono przestrzegane. Jak widać wyżej, do ostatniego – i ostatecznego – ataku na Malakal doszło w lutym, czyli po podpisaniu tego wątłego porozumienia, jak nazywa go sudański portal internetowy. Rozmowy między stronami toczą się nadal w stolicy Etiopii (już od wieeelu tygodni), teoretycznie w ostatnim czasie jest spokojniej, ale i tak obie strony oskarżają się wzajemnie o naruszanie umowy.
Takie rzeczy dzieją się kilka tysięcy kilometrów od nas, a w mediach naszych – i nie tylko naszych, bo dotyczy to w ogóle tzw. Zachodu – właściwie cisza.
***
Notkę tę napisałem, aby choć trochę uświadomić, co działo się i nadal dzieje na innym kontynencie, gdy nasze media i przez nie my patrzeliśmy na wydarzenia choćby na Ukrainie. Przy konflikcie sudańskim taka np. aneksja Krymu zdaje się być znacznie mniejszym złem. Wielu ludzi żyło więc sytuacją na Ukrainie, w Afryce w tym czasie dochodziło do kolejnych zbrodni na dużą skalę, a w tle tego wszystkiego...
Oczywiście, jednocześnie przychodzi do głowy , że kontynuowana jest jeszcze większa masowa zbrodnia, czyli aborcje dokonywane w milionach, jak świat długi i szeroki, co jest pewnie tematem na osobną refleksję. W każdym razie - nieuchronnie przychodzi refleksja, że świat ma znacznie większe problemy niż – przykładowo – ten, czy Krym należeć będzie do Ukrainy, czy do Rosji (nie umniejszając oczywiście wszelkiego dokonywanego zła).
Nie pozwólmy, by mainstreamowe przekazy medialne budowały nasz obraz świata. Można być prawie pewnym, że taki obraz będzie mocno odległy od rzeczywistości.
***
Chciałbym jeszcze dodać, że tematyką Sudanu (a raczej – Sudanów) zająłem się, gdy natrafiłem w Internecie na ten tekst. Opisywane w nim sytuacje zrobiły na mnie takie wrażenie, że mimo niewielkich możliwości, chciałem w jakikolwiek sposób pomóc. Tak powstała na FB Modlitwa za Sudan...
Zapraszam wszystkich do modlitwy za Sudańczyków, którzy niewątpliwie potrzebują duchowego wsparcia. Jak napisałem dziś na FB: nie mam wątpliwości, że sudański konglomerat konfliktów może rozbroić tylko Bóg.
***
W przygotowaniu tekstu bazowałem głównie na dwóch informacjach:
(tu - kontynuacja: http://gosc.pl/doc/1927190.Tam-juz-nikogo-nie-ma-tylko-strach)
