środa, 26 lutego 2014

Krótka historia pogardy

W tym świecie, w którym wszystko musi być „glamour”, gardzi się tym, co słabe, chore, brzydkie czy ułomne. Tego, co trudne i bolesne, nie chce się nawet widzieć na oczy, spychając tego typu rzeczywistości na margines. W świecie, w którym żyjemy, jedni ludzie gardzą innymi. Gorsze jest chyba jednak, gdy człowiek zaczyna gardzić samym sobą; gdy nie chce widzieć w sobie tego, co nie odpowiada promowanemu przez świat ideałowi. Jest to choroba także naszych czasów, ale nie tylko naszych. Zjawisko to jest chyba bowiem tak stare, jak historia ludzkiego grzechu.

Wszyscy chyba uczyliśmy się w szkole o Sparcie, w której słabsze czy chore niemowlęta zabijano po urodzeniu. Nie spełniały one bowiem kryteriów zdrowia i siły. Wiemy, jak przez wieki traktowano trędowatych, którzy byli po prostu wyrzucani poza „normalną” społeczność. Jasne.. na pewno znaczący był tu argument, by ludzie chorzy nie zarażali zdrowych. Ale prawdą też jest, że tymi wyrzucanymi na margines nikt czy prawie nikt się nie zajmował, byli oni zostawiani samym sobie. Nieliczni święci wsławili się tym, że – często ryzykując własnym zdrowiem i życiem – nieśli im pomoc.

W bardziej współczesnych czasach... Wiemy, że w pierwszych dekadach XX w. panoszyła się eugenika, tj. dziedzina zajmująca się „doskonaleniem” rodzaju ludzkiego. Chodziło o kierowanie rozrodczością w taki sposób, aby stopniowo „oczyszczać” ludzkość z różnego rodzaju skaz, chorób itp. Działalność ta swój szczyt miała chyba w hitlerowskich Niemczech, które – jak wiemy – mocno promowały ideał aryjskiego „nadczłowieka”. W III Rzeszy zabijano np. umysłowo chorych, upośledzonych – nie było litości dla tego, co niedoskonałe, co nie wzbudzało podziwu. Ciekawe jest w tym momencie , że filozof Friedrich Nietsche, który dobre kilka lat przed Hitlerem gloryfikował w swych dziełach złudną ideę „nadczłowieka”, skończył w szpitalu psychiatrycznym. To o czymś świadczy. Swoją drogą, doczytałem też o tym filozofie, że postulował w swej twórczości powrót do kultury starożytnej Grecji, co moim zdaniem wskazuje na pewną ciągłość myśli na przestrzeni wieków, w tym przypadku myśli nieludzkiej i destruktywnej.

Od wieków czy wręcz tysiącleci znana jest też praktyka „spędzania płodów”, dzisiaj nazywana raczej aborcją. Jak wiemy, w wielu krajach można ją przeprowadzać legalnie m.in. ze względu na „trwałe i nieodwracalne uszkodzenie płodu”. W praktyce często sprowadza się do tego, że zabijane są dzieci z zespołem Downa. Tak dzieje się w Polsce, tak dzieje się też w innych krajach. Jakiś czas temu spotkałem się z informacją, że w Wlk. Brytanii praktycznie nie rodzą się już dzieci z zespołem Downa. Czy to oznacza, że współczesna medycyna wyeliminowała to genetyczne zaburzenie? Nie.. To oznacza, że dzieci z zespołem Downa są po prostu abortowane, czyli – zabijane na wczesnym etapie swego człowieczego rozwoju...

Kiedy myślę o tych aborcjach ze względu na upośledzenia, to przypomina się Sparta. Dziś, kiedy czytamy o zabijaniu noworodków w starożytnej Grecji, wzdragamy się pewnie na bezlitosne i barbarzyńskie obyczaje, które tam wówczas istniały. Ale czym innym jest zabijanie np. dzieci z zespołem Downa czy innymi upośledzeniami? Przecież to jest w istocie to samo. Zabija się ludzi we wczesnej fazie rozwoju – gdy są jeszcze całkiem bezbronne – bo nie spełniają oczekiwań... Bo nie są ładne, zdrowe i inteligentne.. Współczesny wymiar odwiecznej zbrodni na bezbronnych. To oczywiste, że ludzie muszą się oszukiwać, żeby móc robić takie rzeczy. Ludzie chcą siebie uważać za moralnych i uczciwych, więc nie mogą sobie przecież wprost powiedzieć, że zabijają swoje dzieci. Oszukują się, aby móc dokonywać zła...

Osobnym tematem jest eutanazja. Osobnym, bo tutaj śmierć dokonuje się na własne życzenie. Jest to w istocie forma samobójstwa, gdzie narzędziem do jego dokonania staje się drugi człowiek – najczęściej, a może zawsze, lekarz.. Lekarz, którego zadaniem jest leczyć, a który w takim momencie pomaga przejść na drugi świat.. Co więcej, jeden Pan Bóg wie, jak często akty eutanazji są inspirowane przez ludzi z otoczenia, którym opieka nad chorym sprawia może problem. Mam nadzieję, że takich przypadków jest jak najmniej, bo byłyby one jednym z bardziej wyrafinowanych aktów okrucieństwa, inspirowanych oczywiście nie przez kogo innego, jak perfidnego złego.

To są przykłady, jaką destrukcyjną postawę – i to od wieków – przyjmuje świat względem ludzkiej ułomności. Sposób myślenia „tego świata” przejawia się m.in. w tym, że uznaje się tylko to, co błyszczy, co wzbudza podziw. Wiemy, a przynajmniej powinniśmy, że jest to postawa całkowicie przeciwna duchowi chrześcijaństwa. Bo chrześcijaństwo w praktyce to m.in. (a może – przede wszystkim) miłosierdzie, czyli postawa, która nakazuje schylać się ku biednemu, ułomnemu. Nie z poczuciem wyższości, ale ze współczuciem. Ze świadomością, że to jest mój brat czy siostra, którzy mają godność równą mojej. Tak.. to ważne, byśmy jako chrześcijanie po pierwsze znali swoją ludzką godność, a po drugie – byśmy tę godność pomagali odkrywać innym. Zwłaszcza tym, którzy tego najbardziej potrzebują. Tym, którzy są pogardzani i odepchnięci przez innych.

Niech nam miłosierny Bóg w tym dopomoże. Niech pomoże nam być takimi, jakim On jest. Amen.

PS Na zakończenie obraz, który ukazuje sporo z postawy pogardy...

Nie miał On wdzięku ani też blasku,
aby na Niego popatrzeć,
ani wyglądu, by się nam podobał.
Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi,
Mąż boleści, oswojony z cierpieniem,
jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa,
wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.
(Iz 53, 2b-3)

piątek, 21 lutego 2014

Co łączy św. Agatę i św. Łucję?

I dlaczego w ogóle zainteresował mnie ten temat? Powód jest dość prosty i ma naturę duchową. Otóż w liturgiczne wspomnienia tych dwóch świętych męczennic z pierwszych wieków chrześcijaństwa poczułem się w taki czy inny sposób szczególnie dotknięty przez łaskę Bożą i w moim „zmyśle wiary” łączyłem to właśnie z ich wstawiennictwem. Zobaczmy więc – co łączy te dwie święte kobiety?

Nie jest celem w tym tekście powtarzanie dostępnych życiorysów obu niewiast, bo te bez trudu można znaleźć w Internecie. Wystarczy wskazać na punkty wspólne, których – jak się okazuje – jest wyjątkowo dużo.

Św. Agata (źródło: exurbe.com)
Po pierwsze, obie męczennice były Sycylijkami. Na tej rzymskiej (dziś oczywiście włoskiej) wyspie obie przyszły na świat i zginęły męczeńską śmiercią. Zarówno czasowo, jak i przestrzennie, nie były od siebie bardzo oddalone. Od spalenia jednej do ścięcia drugiej minęły 53 lata. Z kolei Katanię Agaty od Syrakuz Łucji dzieli, przynajmniej dzisiaj, ok. 65 km (obydwa miasta leżą na wschodnim wybrzeżu wyspy). Według starożytnego podania, obie się nawet spotkały, ale... w nietypowych okolicznościach. Młoda Łucja udała się bowiem do... grobu św. Agaty, aby prosić już wtedy otoczoną kultem dziewicę i męczennicę o zdrowie dla swojej chorej matki. Tam ukazała się jej św. Agata i przepowiedziała, że także Łucji dane będzie zginąć męczeńską śmiercią i że powinna się na ten moment przygotować. Jak więc widać, możemy tutaj w pełni mówić o międzyosobowym spotkaniu.

Ale po kolei.. Z podań wiemy wprost lub możemy wywnioskować, że zarówno Agata, jak i Łucja pochodziły z dobrych, znamienitych rodzin oraz że były niepospolitej urody (mówiąc bardziej wprost – obie były pięknymi, młodymi kobietami). Jako takie musiały wzbudzać zainteresowanie mężczyzn, także tych z wyższych sfer. Agatę ukochał rzymski namiestnik Sycylii, a Łucję – anonimowy „młodzieniec ze szlachetnego rodu”, jak mówi jedna z krótkich hagiografii. Jednak żaden z ożenków nie miał dojść do skutku. Agata po swoim chrzcie (nie wiem, ile miała wtedy lat) złożyła ślub dziewictwa, swoje życie postanowiła poświęcić Chrystusowi. Łucja uczyniła to samo po nawiedzeniu grobu Agaty, rezygnując tym samym z umówionego już małżeństwa.

Św. Łucja (myhopebox.wordpress.com)
Zawiedzeni mężczyźni nie mogli ścierpieć tego, że chrześcijańskie piękności odrzuciły ich konkury. Obie młode kobiety miały jednocześnie tego – mówiąc po świecku – pecha (a po chrześcijańsku – szczęście, choć chyba tylko ten to rozumie, komu jest to dane), że żyły w czasach cesarskich prześladowań względem chrześcijan. Agata za Decjusza, a Łucja – Dioklecjana. Odrzuceni kawalerowi mieli zatem okazję, aby się zemścić i „ukarać” nieugięte Oblubienice Chrystusa. Namiestnik Sycylii kazał aresztować Agatę, a niedoszły małżonek Łucji zadenuncjował ją rzymskim władzom jako chrześcijankę.

Najpierw obie kobiety próbowano zhańbić czy też moralnie zepsuć. Agatę oddano do domu kobiety imieniem Afrodyssa, znanej z rozpustnego stylu życia. Została ona tam umieszczona, aby pod presją zeszła na złą drogę, ale oczekiwania prześladowców nie zostały spełnione. Z kolei Łucja miała trafić na pohańbienie do domu publicznego, ale tutaj zamiar nie doszedł do skutku – podobno nawet wołami nie można było ruszyć kobiety z miejsca. Wobec tego, najbardziej perfidne i podłe plany pogańskich oprawców nie zostały zrealizowane.

W tej sytuacji zarówno Agata, jak i Łucja zostały poddane torturom. Polegały one m.in. na tym, że Agacie obcięto piersi, a Łucji wyłupiono oczy. Po tej linii Agata patronuje m.in. kobietom borykającym się z chorobami piersi, a Łucja uchodzi za „specjalistkę” od schorzeń oczu. Po torturach dziewicom odebrano życie. Agatę spalono na rozżarzonych węglach, a Łucję ścięto mieczem.

Jeśli chodzi o różnice, to zdaje się, że Agata zginęła w młodszym wieku niż jej „duchowa siostra”. Patrząc na życiorysy, Agata w chwili śmierci mogła mieć ok. 16 lat, a Łucja – w zależności od źródła – 23 lub 28. Jakkolwiek, obie były młodymi, pięknymi chrześcijankami, które przez zawiść pogańskich mężczyzn, napędzaną oczywiście przez złego, poniosły śmierć w męczarniach.

Obie są od wieków czczone jako święte Kościoła katolickiego. Obie są znane, choć można wątpić, czy pozostają w „mainstreamie” kościelnego kultu. Zdaje się, że w Polsce bardziej znana i czczona jest Agata, popularniejsze jest choćby jej imię.

Będę chciał przyjrzeć się dokładniej, jakie ślady kultu widzimy w naszym kraju dziś, w XXI wieku, a więc po ponad siedemnastu wieków od uwiecznionego świadectwa świętych niewiast. Ale to już w jednej z następnych notek...

Św. Agato i Św. Łucjo, Dziewice i Męczennice, módlcie się za nami i wspomnijcie na  cierpiący naród ukraiński!

PS Przy tak zwanej okazji okazało się, że nie jestem pierwszym blogerem, który zdecydował się napisać łącznie o św. Agacie i św. Łucji. ;) Przykład choćby tutaj: http://www.exurbe.com/?p=960.

czwartek, 20 lutego 2014

Firmy fonograficzne to nie organizacje charytatywne! - czyli dlaczego jestem przeciwnikiem piractwa (refleksja etyczna)

Zdaje się, że dzisiaj mnóstwo ludzi ma mentalność mówiącą, że jeśli coś jest dostępne w Internecie i można to technicznie ściągać bez uiszczania żadnych opłat, to czemu tego nie robić? Skoro jest możliwość, a na dodatek nikt za to (z nielicznymi wyjątkami) nie ściga, to dlaczego sobie odmawiać? Temat ten, bardzo przecież praktyczny, chciałbym podjąć od strony moralnej. Są to rozważania o tym, jak powinien się ustosunkować do tych spraw chrześcijanin, którego nie interesuje przeciętność, a dążenie do doskonalenia swego życia moralnego w świetle Bożej prawdy. Do kwestii zamierzam podejść co najmniej od dwóch stron.

Po pierwsze: aspekt, który został podjęty już w tytule. Mianowicie, że firmy wprowadzające na rynek różne dobra kultury nie są organizacjami charytatywnymi. Podstawowa różnica między jednym a drugim rodzajem podmiotów leży w celu ich działalności. Organizacje dobroczynne z zasady rozdają różne dobra tym, którzy tego potrzebują. Tymczasem istotnym celem wytwórni muzycznych czy filmowych – jako podmiotów gospodarczych sensu stricto – jest nic innego, jak sprzedanie wytworzonych dóbr. Poza tym dzieła miłosierdzia opierają się na tym, że zazwyczaj otrzymują środki na swoją działalność od otoczenia – tak po prostu, w formie datków. Natomiast firmom fonograficznym nikt nic za darmo nie daje – one mają na swoją działalność zarobić. Jeżeli nie zarobią, nie będą mogły prowadzić swojej działalności propagowania dóbr kultury.

Oczywiste jest, że jeśli firma na siebie nie zarobi, to nikt jej ot, tak nie przydzieli środków na dalsze działanie. Np. kiedy inwestorzy łożą swoje środki na rozwój jakichś gospodarczych pomysłów, to nie dla bezinteresownego mecenatu czy dla dobrego samopoczucia, ale po to, by prędzej czy później odebrać ten wkład z zyskiem. Tym bardziej zwykli zjadacze chleba, przeciętni obywatele, nie zrobią zrzutki na to, aby np. Sony lub EMI mogło kontynuować swoją działalność na rynku (ktoś wyobraża sobie taki scenariusz? ;).

Więc, aby firmy działające w sektorze kultury mogły funkcjonować i wprowadzać na rynek kolejne produkty, muszą na siebie zarabiać. Żeby po pierwsze komuś opłacało się prowadzić taką działalność, a po drugie – by były środki na kolejne produkcje, filmy, albumy z muzyką etc. etc. A jako że pieniążki z nieba firmom nie spadają, to zarabiają po prostu przez to, że sprzedają swoje produkty. Wiadomo, biznesy te jakoś się – póki co – kręcą, bo znajduje się duża liczba konsumentów, którzy oryginalne produkty kupują. Ale wyobraźmy sobie, co by było, gdyby nagle zdecydowana większość kino- czy melomanów sięgnęła tylko po to, co jest dostępne za darmo w sieci. Firmy by upadły, bo skończyłyby im się środki na funkcjonowanie i inwestowanie milionów nieraz dolarów na kolejne produkcje. Przypuszczam, że w takiej sytuacji mielibyśmy do czynienia z jakimś „tąpnięciem”, załamaniem w sferze kultury masowej i takim rozwojem sprawy mnóstwo osób byłoby z pewnością zawiedzionych.

Od strony etycznej ważna jest też dla mnie wola tych, którzy wytwarzają jakieś dobra. Wytwarzanie ich, jak wiadomo, łączy się z kosztami. Jeśli więc firma inwestuje wielkie nieraz pieniądze, żeby coś wytworzyć, to po to, aby ostatecznie sprzedać to z zyskiem i w ten sposób spełnić podstawowy kapitalistyczny cel działania przedsiębiorstwa. Od razu zaznaczam – neguję cel kapitalizmu w jego najbardziej skrajnej formie, gdzie fundamentalnym celem firmy jest MAKSYMALIZACJA zysku. Moim zdaniem, i chyba zresztą każdy historyk to potwierdzi, tak postawiony cel prowadził częstokroć do nadużyć, do ludzkiej krzywdy. Tego bym nie chciał. Wierzę w coś takiego, jak zysk GODZIWY, SPRAWIEDLIWY. Tak czy inaczej, w kapitalizmie chodzi o zysk i nikt rozsądny nie odmówi chyba przedsiębiorcy – przynajmniej w normalnych warunkach – prawa do jego uzyskiwania.

Jeśli więc ktoś inwestuje środki, aby coś wytwarzać i CHCE to sprzedawać, a nie rozdawać za darmo, to uważam, że jedynym słusznym podejściem jest uszanowanie tego – przynajmniej w odniesieniu do szeroko pojętego przemysłu rozrywkowego, który tutaj rozpatrujemy. Więc jeśli ktoś ustali cenę albumu z muzyką na 100 albo nawet 200 zł, to widzę tylko dwie opcje – albo chcę to mieć i wykładam na stół dwie „stówy”, albo po prostu z tego towaru rezygnuję, nie ściągając go pokątnie z jakiegoś torrenta czy innego serwisu z serwerem przykładowo w Rosji czy Chinach, które – na marginesie – zdają się należeć do zagłębiów internetowego piractwa (już sam ten fakt powinien dać do myślenia zwolennikom piractwa – bo chyba nikt rozsądny nie postawi dziś Rosji ani Chin jako przykładu wzorowego życia w państwie).

Jeśli ściągamy z sieci piracko udostępnioną piosenkę czy film, to odnosimy tym samym jakąś korzyść. Zyskujemy coś, czego wcześniej nie mieliśmy, a co prawdopodobnie będzie dla nas źródłem przyjemności, doznań estetycznych etc. Skoro ktoś zainwestował konkretne pieniądze, aby to wytworzyć i następnie sprzedawać w celu odzyskania poniesionych kosztów i uzyskania zarobku, to jakim prawem my mielibyśmy to dostać za darmo? Na zasadzie jakiego prawa miałoby się to nam za darmo należeć? Powtórzę: skoro ktoś poniósł koszt i konkretne nakłady swojej pracy, to jakim prawem my ten jego produkt chcemy mieć za darmo? Na podstawie takiego toku rozumowania piractwo traktuję w kategoriach kradzieży, występku przeciw siódmemu przykazaniu. Jest to oczywiście inna forma kradzieży niż np. podprowadzenie komuś mercedesa z garażu, ale jednak. Bo uzyskujemy wtedy za darmo coś, za co powinniśmy wytwórcy zapłacić. Pamiętajmy o wysiłku i środkach, jakie ktoś ponosi, aby coś wytworzyć.

Wiadomo.. osobną sprawą jest jakość produkcji, które trafiają na rynek (bo nie ulega wątpliwości, że są wśród nich piosenki czy filmy szkodliwe, np. albumy satanistycznych zespołów). Osobną kwestią jest także skala zarobków: muzyków, aktorów, właścicieli wytwórni itp. Jakkolwiek, nie jesteśmy od tego, aby przeprowadzać w przemyśle kulturalnym jakąś „inkwizycję”! To jest sprawa sumienia artystów, jakie pieniądze zarabiają. A jeśli np. nie uważasz jakiegoś utworu za dość wartościowy, bo za niego płacić, to po prostu z niego rezygnujesz. Nie kupujesz, nie płacisz, ale też nie zyskujesz tego na boku – bo jakim prawem? Jeśli nie chcesz płacić wytwórcy, to nie wyciągaj ręki – proste.

Ważne jest też tutaj, że dobra kultury – jak muzyka czy filmy – nie są dla człowieka towarem pierwszej potrzeby. Owszem, są ważne, ale nikt chyba nie postawi ich na równi z jedzeniem, piciem, odzieniem czy dachem nad głową. Gdyby ktoś w trudnych warunkach niedoboru windował ceny żywności, aby się na tym dorobić, byłoby to oczywiście naganne. Ale nie uważam, by ta sama zasada stosowała się do wytworów kultury – one nie należą do podstawowych potrzeb, bez nich można żyć.

Po drugie: często można spotkać się z argumentem na rzecz piractwa, że przecież ściąganie nie jest zabronione przez prawo. Rzeczywiście, ściąganie jako takie nie jest zabronione przez prawo (przynajmniej w Polsce), ale zauważmy dlaczego. Przede wszystkim dlatego, że ściganie tego jako przestępstwa czy wykroczenia byłoby niemożliwe, bo zbyt szeroki jest zakres tego zjawiska w społeczeństwie. A ustawodawca – ze względów choćby wizerunkowych – nie może ustanawiać prawa, którego następnie nie jest w stanie egzekwować, bo naraziłby się w ten sposób na śmieszność. Ale nie to jest tutaj najważniejsze, moim zdaniem, z etycznego punktu widzenia.
Ważniejsze jest moim zdaniem co innego. Mianowicie to, że choć ściąganie zabronione prawem nie jest, to udostępnianie innym użytkownikom – jak wiemy – już jak najbardziej jest zabronione. A żeby ktoś mógł ściągnąć pirackie utwory czy filmy, to ktoś je musi wcześniej udostępnić, prawda? Ergo – ściąganie jest niczym innym, jak korzystaniem z przestępstwa, mianowicie że ktoś wcześniej materiał nielegalnie udostępnił. Odpada więc argument z prawa. Bo co z tego, że powiem sobie, że ściąganie nie jest zabronione, skoro jest ono wprost korzystaniem z innego czynu zabronionego?

Powyżej zarysowałem podstawowe argumenty etyczne czy też moralne, które moim zdaniem przemawiają przeciw piractwu. Dla mnie są one wystarczająco przekonujące, aby samemu nielegalnie utworów nie ściągać. Jeśli mam muzykę z sieci, to kupioną, za którą zapłaciłem odpowiedniemu internetowemu sklepowi z utworami. Powyższa argumentacja nie jest wynikiem jakiegoś jednorazowego „eureka” – dochodziłem do tego przez dłuższy czas jako człowiek, który kiedyś nie miał oporów przez pirackimi praktykami. Ale na skutek refleksji moralnej uległo to zmianie i zostało doprowadzone do obecnego punktu.

W tym tekście oczywiście nie wyczerpałem tematu. Temat praw autorskich jest bardzo rozległy i wykraczający daleko poza ściąganie pirackiej muzyki czy filmów z sieci. Jest np. kwestia oglądania zawartości na serwisach typu YouTube. O tym też będę chciał napisać, ale to już może w osobnej notce, aby na raz nie podejmować zbyt dużej liczby zagadnień.


Czytelnikom dziękuję za zapoznanie się z tym, co powyżej napisałem i zapraszam do dyskusji.


PS Prawie gotowy mam już kolejny tekst - o tym, co łączy św. Agatę i św. Łucję; widzicie więc, że rozstrzał tematyczny tekstów jest dość spory. ;)

Witajcie!

Na początek kilka zdań o sobie i o tym blogu.

Nazywam się Adam Ołtusek, mam 28 lat. Od września 2013 jestem chrystusowcem, czyli członkiem katolickiego zakonu o pełnej nazwie Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagronicznej. Hasło "Wszystko dla Boga i Polonii" to dewiza tego właśnie zgromadzenia, którego głównym celem jest duchowa służba Polakom, którzy wyjechali z kraju. Aktualnie jestem klerykiem I roku seminarium chrystusowców.

Choć w czołówce bloga umieściłem hasło zgromadzenia, to nie mam zamiaru zajmować się tylko tematami związanymi z Polonią. Zakres będzie szeroki - w zależności od tego, o czym będę chciał pisać. Zresztą, przekonacie się o tym już po treści najbliższych notek, z których pierwszą wstawiam już za chwilę..

Zapraszam do lektury i dyskusji!

Szczęść Boże!