8 lutego obchodzić będziemy liturgiczne wspomnienie św. Józefiny Bakhity: Sudanki, najpierw niewolnicy, a potem - zakonnicy. Do tego dnia jeszcze prawie dwa miesiące, dlaczego więc piszę o tym już teraz? Bo jednocześnie będzie to - w całym Kościele katolickim - pierwszy Dzień Modlitwy przeciw Handlowi Ludźmi (a dokładniej, po angielsku: International Day of Prayer and Awareness against Human Trafficking, co trudno w całości przełożyć na polski).
Nie trzeba chyba pisać, że niewolnictwo - które wciąż jest na świecie obecne - jest strasznym zjawiskiem! Szacuje się, że współcześnie ofiarami niewolnictwa jest 30-40 mln ludzi. Zjawisko to utrzymuje się, ponieważ są na świecie ludzie, dla których zniewalanie ludzi jest dochodowym biznesem. Proceder ten jest najbardziej dochodową zbrodnią, po handlu narkotykami i bronią. Ale co innego nawet broń i narkotyki, a co innego - ludzie, których już nie traktuje się jak ludzi, ale jak przedmioty, jako towar. Zawsze ma to związek z jakąś przemocą, z pozbawieniem godności, czego najgorszym przejawem jest chyba niewolnictwo seksualne, którego ofiarami pada mnóstwo ludzi, głównie kobiet i dzieci (!).
W tym roku - z udziałem grupy przywódców religijnych, w tym papieża Franciszka - zawiązana została międzynarodowa inicjatywa, której celem jest likwidacja niewolnictwa do 2020 roku. Nie wiem, czy tak zarysowany czasowo cel jest realny, ale - sprawa jest na pewno słuszna i bardzo godna tego, by się w nią zaangażować. Pierwszym krokiem może być złożenie internetowego podpisu pod międzynarodową deklaracją na rzecz likwidacji niewolnictwa (raz na zawsze) i tym samym dołączenie do przywódców religijnych, w tym Papieża, oraz milionów ludzi z całego świata, którzy już to uczynili. Można się także dopisać do listy mailingowej, aby otrzymywać bieżące informacje nt. postępu inicjatywy.
Ludzie dobrej woli nie mogą być obojętni! Choćby nawet na świecie był jeden człowiek-niewolnik, byłoby to straszne zjawisko, a liczbę tych osób szacuje się na prawie 40 mln, a dokładniej - 35,8 mln, jak mówi fundacja WalkFree zajmująca się tym tematem. To mniej więcej tyle, ilu mieszkańców całej Polski!
Na koniec tego wpisu podaję kilka linków, pod którymi można pokrótce zapoznać się ze sprawą i się zaangażować, przynajmniej w stopniu minimalnym - mianowicie podpisać deklarację. Ale śmiem twierdzić, że to za mało. Nie można zapomnieć o ludziach, którzy w różnych zakątkach świata cierpią z powodu fizycznego, moralnego i nie wiadomo jakiego jeszcze zniewolenia. Modlitwa, wywieranie legalnego nacisku na władze - instrumenty działania są różne, i wg naszych możliwości powinniśmy działać, choćby wołając do Pana, aby powstrzymał rzekę tej choroby na ciele ludzkości, jaką jest niewolnictwo, które na świecie do tej pory nie ustało.
Zmieniło się tyle, że kiedyś było legalne, a teraz jest nielegalne. Ale wiadomo, że jest wielu ludzi, dla których zapisy prawne nie mają większego znaczenia, którzy kierują się przede wszystkim żądzą zysku tudzież innymi wynaturzeniami. I to jest wyzwanie - dla wszystkich ludzi dobrej woli.
Najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że papież Franciszek:
1. podpisał się pod deklaracją początkową Global Freedom Network:
2. w pierwszych dniach grudnia sformułował przesłanie do grupy roboczej poświęconej tematowi niewolnictwa, która zebrała się w Londynie, co świadczy o tym, że jest zainteresowany tematem i potwierdza całą sprawę swoim autorytetem.
Ważne jest też, że dokument założycielski Global Freedom Network (Światowej Sieci na rzecz Wolności) podpisany został w Watykanie.
Nie czekajmy, nie bądźmy obojętni. Zastanówmy się, co my możemy zrobić coś dla tych, którzy cierpią z powodu współczesnego niewolnictwa. Modlić się można, a pewnie trzeba, zarówno za ofiary, jak i oprawców. A co więcej? Osobiście wpisałem się na listę mailową fundacji WalkFree i czekam na jej dalsze działania.
Śmiem twierdzić, że obok kwestii obrony życia ludzkiego sprawa niewolnictwa jest jednym z największych wyzwań dla cywilizacji chrześcijańskiej.
A tutaj zapowiedziane linki:
http://www.fides.org/en/news/36834-VATICAN_The_First_International_Day_of_Prayer_and_Awareness_against_Human_Trafficking#.VHb-w9456UQ
http://info.wiara.pl/doc/2268007.Religie-przeciw-niewolnictwu
http://info.wiara.pl/doc/2270542.Coraz-wiecej-dzieci-ofiarami-niewolnictwa
Global Freedom Network - http://www.globalfreedomnetwork.org
WalkFree Foundation - https://www.walkfree.org
Na Dzień Modlitwy przeciw Niewolnictwu wybrano wspomnienie św. Józefiny, bo ona sama była niewolnicą, porwaną jako dziecko z jednej z sudańskich wiosek. W wieku kilkunastu lat sprzedana do Włoch, tam zaznała lepszego losu. Trafiła do sióstr kanosjanek, u których przyjęła wiarę katolicką, a potem sama została siostrą.
piątek, 12 grudnia 2014
niedziela, 23 listopada 2014
Kiedy sukces staje się bożkiem
Dziś w Towarzystwie Chrystusowym główna uroczystość w ciągu roku – Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata. W kaplicy Domu Głównego zgromadzenia Mszę świętą gościnnie celebrował oraz homilię wygłosił o. Janusz Sok – prowincjał redemptorystów oraz aktualny Przewodniczący Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich. Mówił moim zdaniem bardzo ciekawe rzeczy.
Powołał się m.in. na opinie, jakie padały na jednym z ostatnich zjazdów polskich egzorcystów, na Jasnej Górze. Mówiono tam między innymi o tym, jaka grupa społeczna jest obecnie najbardziej narażona na opętania. Przyznam, że byłem zaskoczony tymi informacjami.
Otóż okazało się, że najbardziej narażone są młode kobiety, po 30-tce, wykształcone, inteligentne, pracujące w dużych korporacjach. Korporacjach, które – dodajmy – wciągają albo przynajmniej chcą wciągać człowieka jak bagno. Eksploatować go, drenować, a przez to jak najmniej zostawiać na inne dziedziny. Oczywiście ofiarą tego systemu, prócz samych kobiet, padają także ich rodziny.
Gdy praca zajmuje większość czasu, zostaje go już niewiele na relacje: rodzinne, ale także na relację z Bogiem. Zapracowane osoby zostają odcięte od ważnego wsparcia emocjonalnego i duchowego. Rodzi się wyczerpanie. W grupie tej podwyższone jest także ryzyko zapadnięcia na depresję czy nerwicę, choroby które m.in. mogą wynikać z długotrwałego przeciążenia, stresu.
W sumie można by tu dopatrywać się kolejnego przejawu ataku sił zła na rodzinę. Atakując „strażniczkę domowego ogniska”, podcina się także jeden z kluczowych fundamentów rodziny. Zresztą, problem ten dotyczy oczywiście także mężczyzn, którzy – często zapracowani czy przepracowani – nie mają dość czasu dla żony czy pociech.
To jest ogromny problem dzisiejszych czasów. Pośpiech, osławiony już „wyścig szczurów”, stres. Stres, który bardzo zawęża życiową perspektywę, utrudniając tym samym otwarcie na Boga czy bliźniego. Brak w ogóle czasu na te relacje, które – aby były zdrowe, możliwie pełne – wymagają zaangażowania.
Wróćmy do tematu rzeczonych opętań. Liczbowo nie są one pewnie najważniejszym społecznym problemem. Ale coś pokazują. Pokazują, że tam, gdzie nie ma miejsca dla Boga, gdzie w człowieku jest pustka albo płycizna (niebezpieczeństwo tej płycizny, w tym dla osób zakonnych, także było tematem dzisiejszej homilii w Domu Głównym chrystusowców), tam bardzo łatwo wciska się zło. A złego akurat nie trzeba do swojego życia zapraszać – on będzie krążył i sam szukał furtki, przez którą może wejść. Dlatego tak ważne jest utrzymywanie relacji z Tym, który jest silniejszy od wszelkiego zła, który jest troskliwym Pasterzem broniącym swoje dzieci przed różnymi zagrożeniami.
Po prostu – trzeba Boga. Nawiązując do „profilu” dzisiejszej uroczystości – trzeba, aby Jezus królował w naszych sercach. Jezusa nie interesuje złoty tron, co zresztą pokazał, gdy przez 3 lata działał publicznie na ziemi. Chciano obwołać go królem po ziemsku, po ludzku, ale On się od takich „zaszczytów” uchylił. On przede wszystkich chce, byśmy zaprosili Go do naszych serc i uczynili w nich mieszkanie dla Niego. I byśmy służyli bliźnim – tak, jak On służył. Logika służby, uniżenia, a nie – widocznej potęgi, władzy, pieniędzy. Władza, przemoc, pieniądze i wiele innych, to instrumenty złego ducha, który jest wrogiem zbawienia i wrogiem wszelkiego ludzkiego szczęścia. Zły duch pokazuje przynęty, posługując się nimi chce nas wpędzić w swoje szpony – a przykładem tego jest choćby wspomniany wcześniej „wyścig szczurów”, gdzie nagrodą (marną, tak naprawdę) są pieniądze, prestiż, jakaś władza. Ale to jest droga, która prowadzi do zguby – do drenażu człowieka z tego, co naprawdę wartościowe.
niedziela, 26 października 2014
Wierny Bóg
Podejmując chrześcijańskie życie, warto przede wszystkim pamiętać, że Bóg jest stały. Ale to zdanie o oczywiście za mało, bo - w czym On jest stały? Otóż jedną z Jego niezmiennych cech jest JEGO MIŁOŚĆ DO NAS. Ci, którzy czerpią z dobrych źródeł, jak Pismo Święte, wiedzą, że nie jest to slogan - ale piękna rzeczywistość.
Prawda jest taka, że ta rzeczywistość stanowi elementarny fundament naszego życia. Bo gdyby Bóg nas nie kochał, gdyby nie był Miłością, albo by nas nie było, albo nasze życie byłoby piekłem.
Ale - Bóg po pierwsze jest, a po drugie - jest miłością. Po trzecie - nieustanną miłością. To znaczy, że On nas kocha ZAWSZE i NIEUSTANNIE (przepraszam za "masło maślane", ale myślę, że tej prawdy nigdy za dużo).
Mamy więc piękny fundament naszego życia. Fundament, który jest mocniejszy niż skała. Fundament, który nigdy nie ustąpi.
W tym wszystkim niestała jest druga strona, czyli - nasza odpowiedź. My, jak wiadomo, nie jesteśmy jak Bóg. Jesteśmy słabi, mniej lub bardziej zepsuci.. Upadamy.
Jesteśmy jednak wezwani, by kochać. Przede wszystkim Boga, ale i - bliźniego. Boga na pierwszym miejscu, bo.. jesteśmy mu to po prostu winni. Jesteśmy mu to winni na zasadzie zwykłej odpłaty, bo - Jego stosunek do nas jest ZAWSZE, TYLKO I WYŁĄCZNIE uwarunkowany miłością. I Jemu się po prostu ta nasza miłość należy. Ale nie dlatego, że Jemu się podoba i że chce nas "wyżyłować", ale dlatego - że to On pierwszy nas ukochał.
Bez Jego miłości do nas nie mogłoby w ogóle być mowy o naszej miłości do Niego. Dlatego tak ważne jest, byśmy sobie tę Jego nieskończoną, wieczną miłość uświadamiali i - przynajmniej czasem - rozważali, myśleli o niej.
Taka świadomość buduje zaufanie. Że wszystko, co dostajemy od Boga, jest dobre. Pomaga też pamiętać, że różne złe rzeczy, które są wokół nas, bynajmniej od Boga nie pochodzą; są wynikiem tego, że stworzenia są dobremu Ojcu często nieposłuszne: poczynając od zbuntowanych aniołów, a kończąc na nas, ludziach XXI wieku. Kiedy dziwimy się złu i cierpieniu, warto pamiętać, że Ono nie pochodzi od Boga, ale - jest wynikiem nieposłuszeństwa wolnych jednostek względem Jego woli.
Pamiętajmy, że Bóg jest miłością. A także - jak napisał św. Jan - "jest Światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności" (1 J 1, 5).
Zanim rozważymy nasze obowiązki względem Boga i bliźniego, rozważmy zatem najpierw to, co od naszego Stwórcy i Ojca otrzymaliśmy i wciąż otrzymujemy. A jest to - Jego nieustanna obecność i gotowość do dawania nam dobra.
Pamiętajmy, że On jest tym, który JEST. Który po prostu JEST. Zarazem - powtórzę - jest to obecność miłująca, życzliwa, ojcowska. To dlatego ze wszystkim możemy się do Boga zwracać, o wszystko Boga prosić, a co dobre - da nam. Tak nas nauczył Jezus Chrystus, Syn Boga, który zna Ojca tak dobrze, jak nikt inny.
Pamiętajmy więc w naszym życiu, że nigdy nie jesteśmy sami, że zawsze jest z nami dobry, miłujący, miłosierny Bóg. Sami nic nie możemy, ale z Nim, dzięki Jego miłości, możemy wszystko. A najważniejszym, co dzięki Bożej łasce możemy, jest - miłować. Niech więc rozwija się w nas otwartość na Boga, aby mógł On przeprowadzać w nas dzieła swej miłości, abyśmy następnie my mogli kochać wszystkich - poczynając od Boga, a kończąc na najtrudniejszym bliźnim.
"Słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi." (Mt 5, 45) "Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny." (Łk 6, 36)
Amen
Prawda jest taka, że ta rzeczywistość stanowi elementarny fundament naszego życia. Bo gdyby Bóg nas nie kochał, gdyby nie był Miłością, albo by nas nie było, albo nasze życie byłoby piekłem.
Mamy więc piękny fundament naszego życia. Fundament, który jest mocniejszy niż skała. Fundament, który nigdy nie ustąpi.
W tym wszystkim niestała jest druga strona, czyli - nasza odpowiedź. My, jak wiadomo, nie jesteśmy jak Bóg. Jesteśmy słabi, mniej lub bardziej zepsuci.. Upadamy.
Jesteśmy jednak wezwani, by kochać. Przede wszystkim Boga, ale i - bliźniego. Boga na pierwszym miejscu, bo.. jesteśmy mu to po prostu winni. Jesteśmy mu to winni na zasadzie zwykłej odpłaty, bo - Jego stosunek do nas jest ZAWSZE, TYLKO I WYŁĄCZNIE uwarunkowany miłością. I Jemu się po prostu ta nasza miłość należy. Ale nie dlatego, że Jemu się podoba i że chce nas "wyżyłować", ale dlatego - że to On pierwszy nas ukochał.
Bez Jego miłości do nas nie mogłoby w ogóle być mowy o naszej miłości do Niego. Dlatego tak ważne jest, byśmy sobie tę Jego nieskończoną, wieczną miłość uświadamiali i - przynajmniej czasem - rozważali, myśleli o niej.
Taka świadomość buduje zaufanie. Że wszystko, co dostajemy od Boga, jest dobre. Pomaga też pamiętać, że różne złe rzeczy, które są wokół nas, bynajmniej od Boga nie pochodzą; są wynikiem tego, że stworzenia są dobremu Ojcu często nieposłuszne: poczynając od zbuntowanych aniołów, a kończąc na nas, ludziach XXI wieku. Kiedy dziwimy się złu i cierpieniu, warto pamiętać, że Ono nie pochodzi od Boga, ale - jest wynikiem nieposłuszeństwa wolnych jednostek względem Jego woli.
Pamiętajmy, że Bóg jest miłością. A także - jak napisał św. Jan - "jest Światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności" (1 J 1, 5).
Zanim rozważymy nasze obowiązki względem Boga i bliźniego, rozważmy zatem najpierw to, co od naszego Stwórcy i Ojca otrzymaliśmy i wciąż otrzymujemy. A jest to - Jego nieustanna obecność i gotowość do dawania nam dobra.
Pamiętajmy, że On jest tym, który JEST. Który po prostu JEST. Zarazem - powtórzę - jest to obecność miłująca, życzliwa, ojcowska. To dlatego ze wszystkim możemy się do Boga zwracać, o wszystko Boga prosić, a co dobre - da nam. Tak nas nauczył Jezus Chrystus, Syn Boga, który zna Ojca tak dobrze, jak nikt inny.
Pamiętajmy więc w naszym życiu, że nigdy nie jesteśmy sami, że zawsze jest z nami dobry, miłujący, miłosierny Bóg. Sami nic nie możemy, ale z Nim, dzięki Jego miłości, możemy wszystko. A najważniejszym, co dzięki Bożej łasce możemy, jest - miłować. Niech więc rozwija się w nas otwartość na Boga, aby mógł On przeprowadzać w nas dzieła swej miłości, abyśmy następnie my mogli kochać wszystkich - poczynając od Boga, a kończąc na najtrudniejszym bliźnim.
"Słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi." (Mt 5, 45) "Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny." (Łk 6, 36)
Amen
wtorek, 14 października 2014
Od Ewangelii do sprawy Medjugorja
Na kanwie dzisiejszej Ewangelii – Łk 11, 37-41.
Jezus mocno, bezpośrednio, ostrymi słowami ganił faryzeuszy. Może dlatego, że uważali się oni za takich „super” i trzeba było mocnych słów, by nimi wstrząsnąć. Ale oni nie mogli tego znieść. To była reakcja w stylu: „co nas tutaj ten jakiś człowiek będzie pouczał, to my jesteśmy nauczycielami”, „kim on jest, żeby tak nas traktować, z dala od wszelkich przyjętych kanonów”.
Większość z nich nie widziała w Jezusie Syna Bożego, Mesjasza, tylko kogoś, kto im miesza.. „Przyszedł taki i miesza.”
Nienawidzili Go. Wielu by powiedziało, że prowokował, że był tutaj stroną ofensywną. Ale głównie to On był pod ostrzałem. Tzw. elity nie ufały Mu, ciągle jacyś ludzie chcieli go poddawać próbom.
Dlaczego nie uznali w Nim Mesjasza? Bali się może, że to fałszywy prorok. Ale przecież wielu innych dobrze Go rozpoznało – jako Syna Bożego! Może poznali Go ci, którzy po prostu za dużo nie kombinowali , nie dzielili włosa na czworo?
* * *
Czy tak trzeba by podejść także do sprawy Medjugorja? Wiemy, że miejsce to obfituje w wielkie owoce w postaci wielu nawróceń. A przecież – „po owocach ich poznacie”. W innym miejscu Jezus powiedział, że szatan nie walczy sam przeciw sobie, bo wtedy nie ostałoby się jego królestwo. Czy więc byłoby tyle nawróceń w górskim miasteczku w Bośni i Hercegowinie, gdyby wydarzenia tam zachodzące były dziełem szatana? Przykładając do sprawy prostą miarę i posiłkując się Ewangelią, trudno na ten moment „przyczepić się” do tego, co od lat 80. się tam dzieje.
To, co piszę, nie oznacza, że jestem zdeklarowanym fanem Medjugorja. Byłem tam co prawda, ale podchodziłem i nadal podchodzę do sprawy z pewnym dystansem – starając się przede wszystkim być posłusznym Kościołowi. Swego czasu, można powiedzieć, dołączyłem nawet do grona sceptyków – i jest to może na tym etapie potrzebne.
Natomiast gdy rozmyślając nad Ewangelią widzę dwa zasadnicze odniesienia do Jezusa: nieufność faryzeuszów oraz wiarę prostaczków, temat Medjugorja – jako aktualny dla naszych czasów – narzuca się wręcz sam.. Może za dużo tu kombinacji? Może trzeba po prostu – wg słów Pana Jezusa – patrzeć na owoce? Tym bardziej, że te od lat są dobre – nie słyszałem natomiast o żadnych ewidentnych nieprawidłowościach.
Hmm.. gdy byłem ostatnio na filmie „Ziemia Maryi” („Mary’s Land”), oglądałem go ze stopniowo narastającym rozczarowaniem. Ponieważ okazało się, że jest to obraz, którego głównym punktem jest właściwie subtelna promocja Medjugorja. Tylko – czy my właściwie mamy się do tego Medjugorja o co przyczepić?
Nie jestem od wyrokowania. Czekam na rozstrzygnięcie stosownych władz Kościelnych, które – ufam – wreszcie jakąś rozjaśnią tę aktualną od lat kwestię.
wtorek, 3 czerwca 2014
Prawdopodobnie największa zbrodnia ludzkości...
Stany Zjednoczone: ponad 53 mln zarejestrowanych aborcji w latach 1926-2013. Polska: prawie 6,4 mlnzarejestrowanych aborcji w latach 1955-2011. Chiny: ponad... 340 mln zarejestrowanych aborcji w latach 1963-2011. Dawny Związek Radziecki: ponad 282 mln aborcji w latach 1922-1991. Rosja: prawie 43 mln aborcji w latach 1992-2012. A to tylko dane oficjalne (tutaj źródło). Ile nienarodzonych dzieci zabito w ukryciu – to wiedzą tylko w niebie...
Szacowana liczba aborcji dokonywanych w ciągu miesiąca na świecie: 1 mln 112 tys.
Szacunkowa liczba aborcji dokonanych na świecie od 1973 r., wg innych danych: 1,72 mld!
Gloria Polo, kolumbijska mistyczka, autorka świadectwa Trafiona przez piorun:
„A ów krzyk, jaki wydaje młode życie, gdy się je zabija, sprawia że Niebo drży. Ale i w piekle rozdziera się krzyk, ale tryumfu, porównywalny z okrzykiem na stadionie piłki nożnej, gdy ktoś strzelił gola. Piekło jest takim stadionem, ogromnym, niedającym się ogarnąć wzrokiem boiskiem pełnym demonów, diabłów, którzy odniósłszy tryumf krzyczą jak szaleni. (...)
Czy mamy w ogóle pojęcie o tym, jak wiele dzieci zabijanych jest codziennie na całym świecie? Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie rozmiaru tej przerażającej zbrodni. Brodzimy we krwi tych niewinnych dzieci i nawet tego nie zauważamy. Jest to dla nas normalną rzeczą; jest po prostu na porządku dziennym. Gdy ktoś angażuje się w walkę przeciwko aborcji, przedstawiany jest jako fanatyk, konserwatysta, ktoś staromodny i trochę szalony. To jest jeden z największych tryumfów księcia piekła, szatana. Jak ma być dobrze na tym świecie, jeśli to cena niewinnej krwi każdego nienarodzonego sprawia, że nowe demony wypuszczane są na ziemię? Wkrótce stanie się od nich na świecie ciemno.” (źródło)
o. Joachim Badeni OP, polski mistyk, zmarły w 2010 roku, w swej ostatniej książce pt. Uwierzcie w koniec świata: „Pewien rodzaj zła bardzo wyraźnie prowokuje gniew Boga. (…) Aborcja i pedofilia – to są dwa grzechy, które budzą gniew Boga, wyraźnie to widzę. Aborcja dokonywana w milionach, pedofilia popełniana nawet wśród duchowieństwa (…) Krzywda dziecka przez zamordowanie go i krzywda dziecka przez bardzo poważne uszkodzenie jego psychiki to są dwie rzeczy, które nie tyle zapowiadają Paruzję, ile grożą ujawnieniem gniewu Bożego. Groźna strona Paruzji ujawnia się właśnie nad tymi dwoma zjawiskami. I one są zapowiedzią Sądu Ostatecznego. Jestem o tym przekonany. Ponieważ tam, gdzie powinno być samo dobro, jest samo zło w najgorszej swojej odmianie. (…)” (źródło)
Na naszych oczach dokonuje się naprawdę wielkie zło – być może największa zbrodnia w historii ludzkości. Nie mamy mocy, aby w jednej chwili zatrzymać tę rzekę zła. Ale – coś zawsze możemy robić. I nie tylko możemy, ale pewnie powinniśmy. Modlitwa. Konkretna propozycja – Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego. Dziesiątek różańca dziennie przez 9 miesięcy.
Więcej informacji – tutaj: http://www.duchowa-adopcja.pl.
piątek, 11 kwietnia 2014
Quo vadis, munde?
Od wielu tygodni tzw. świat zachodni koncentruje swoją uwagę na Ukrainie. Rzeczywiście, dzieją się tam rzeczy ważne, w tym niestety złe i niepokojące: na ulicach miast rozlewano ludzką krew, a Rosja – której wszyscy się boją, bo ma broń nuklearną – dokonała bezprawnej aneksji Krymu. Jednak w tym samym czasie, ok. 4 tys. km od Symferopola (stolicy Krymu), spustoszone zostało ok. 140-tysięczne miasto w wojnie domowej, w której śmierć poniosły już tysiące ludzi, a ponad milion zostało uchodźcami. Mowa o wewnętrznym konflikcie, który od kilku miesięcy wstrząsa najmłodszym państwem świata – Sudanem Południowym.
Konflikty na Ukrainie i w Sudanie Płd. zaczęły się w bardzo zbliżonym czasie. Start zamieszek w Kijowie nastąpił w końcówce listopada zeszłego roku, a konflikt w afrykańskim kraju rozgorzał w połowie grudnia, czyli raptem dwa tygodnie później.
Podstawowe różnice między tymi zdarzeniami widzę dwie:
1. W Sudanie skala zła jest nieporównanie większa, niż na Ukrainie. Zginęło znacznie więcej ludzi, popełniono znacznie więcej różnego rodzaju okrucieństw.
2. Gdy w Sudanie rebelianci pustoszyli ponad 100-tysięczne miasto, stolicę jednego ze stanów, media – przynajmniej te europejskie – niezmiennie koncentrowały się na wydarzeniach ukraińskich.
Sprawami sudańskimi interesuję się od dawna, już prawie od 3 lat. Tej części Afryki zacząłem przyglądać się w czasie, gdy Sudan Południowy miał jeszcze przed sobą secesję od swojego obecnego sąsiada, Republiki Sudanu. Chcąc jakkolwiek pomóc, w czerwcu 2011 roku założyłem na Facebooku stronę Modlitwa za Sudan, aby promować ideę duchowego wsparcia krajów, na terenie których tragiczną śmierć w ciągu ostatnich kilku dekad poniosły miliony (!) ludzi (podaje się, że tzw. II wojna sudańska w latach 1983-2005 była najkrwawszym konfliktem na świecie w czasach po II wojnie światowej) oraz gdzie ginęło za wiarę wielu chrześcijan.
Bezpośrednio do napisania tej notki skłoniła mnie natomiast relacja s. Eleny Balatti, kombonianki pracującej do niedawna w mieście Malakal. To właśnie ono zostało spustoszone w ramach obecnej wojny o władzę w Sudanie Południowym. Nie chcę już pisać o politycznych przyczynach tego konfliktu. Bardziej interesuje mnie cierpienie setek tysięcy ludzi połączone z nieświadomością społeczeństw w innych częściach świata.
Kto w Polsce zobaczył czy usłyszał w mediach o południowosudańskim konflikcie? Ośrodki medialne przez tygodnie żyły, a może nadal żyją, sytuacją na Wschodzie, a znacznie bardziej krwawe wydarzenia na kontynencie afrykańskim zdaje się – nie obchodzą ich. Oczywiście, ktoś może przytoczyć argument, że Afryka jest daleko, a Ukrainę mamy pod nosem. Jasne – zgadzam się, że naturalnie uwaga zwraca się bardziej na wydarzenia, które dzieją się za naszymi granicami i mogą mieć na nas wpływ. Ale my dzisiaj – w NATO i Unii Europejskiej – możemy czuć się w dużej mierze bezpieczni od napaści, od lat mamy pokój. Tymczasem społeczeństwa w Afryce takiego komfortu nie mają. Tam ludzie niekiedy wyrzynają się po prostu w pień. Nadal na jakąś skalę dochodzi do wydarzeń podobnych do tych, które miały miejsce w Rwandzie 20 lat temu. Wtedy też przy ogromnej obojętności świata Zachodu i wręcz pod nosem żołnierzy ONZ. Niestety, nic się chyba na świecie nie zmieniło od tamtego czasu. Rosja spokojnie anektuje sobie Krym, a w Afryce giną tysiące ludzi.
Ale spójrzmy na konkrety. W Sudanie Południowym główna linia konfliktu przebiega między ugrupowaniami należącymi z jednej strony do plemienia Dinka, a z drugiej – do grupy etnicznej Nuer. W uproszczeniu – przynajmniej tak to funkcjonuje w świadomości pewnie większości Sudańczyków – rząd należy do tej pierwszej, a wojują z nim rebelianci wywodzący się przede wszystkim z drugiej grupy. I tak w ostatni weekend jedna z organizacji Nuerów ogłosiła, że prorządowe oddziały z powodów etniczno-politycznych, od momentu wybuchu konfliktu, zabiły ponad 17,5 tys. (!) cywilów, członków ich plemienia. Podkreślam, że wymienia się tu „tylko” cywilne ofiary spośród Nuerów – do tego trzeba dodać inne ofiary konfliktu, w tym bojowników obydwu stron (liczba znana chyba tylko Bogu), nie mówiąc już o ponad milionie ludzi z różnych grup etnicznych, którzy musieli uciekać ze swoich domów.
Powyższa relacja obciąża stronę rządową czy szerzej – Dinków. Ale rebelianci także nie są wolni od zbrodni. To ich oddziały w ciągu dwóch miesięcy i w toku trzech ataków – od grudnia do lutego – spustoszyły wspomniane już miasto Malakal (napaści następowały w Boże Narodzenie, 14 stycznia oraz 18 lutego). Wg relacji s. Eleny, stolica stanu jest już właściwie pozbawiona mieszkańców. Tysiące z nich – wiadomo skądinąd – schroniły się w pobliskim kompleksie sił ONZ, gdzie powstał prowizoryczny obóz dla uchodźców, a reszta uciekła w dalsze strony.
Popełniono wiele okrucieństw. Zacytuję tutaj fragment depeszy agencji informacyjnej Fides, która pojawiła się także na polskich portalach katolickich:
Malakal zostało kompletnie zniszczone, wszystkie rządowe instytucje zostały obrabowane i spalone. Rebelianci dopuszczali się zbrodni na ludności cywilnej, zwłaszcza na kobietach. "Szczególnie podczas ostatniego ataku" - opisuje zakonnica, wspominając 9 młodych dziewcząt, które zostały zgwałcone w kościele Chrystusa Króla.
"Podczas ostatniego ataku, grupa mężczyzn, nazywająca siebie 'Białą Armią' dokonała zbrodni na ludziach którzy pochowali się w kościołach, szpitalu, sierocińcu. Niektórzy zostali zabici w kościołach".
Teoretycznie strony sudańskiego konfliktu podpisały 23 stycznia zawieszenie broni, ale nie było ono przestrzegane. Jak widać wyżej, do ostatniego – i ostatecznego – ataku na Malakal doszło w lutym, czyli po podpisaniu tego wątłego porozumienia, jak nazywa go sudański portal internetowy. Rozmowy między stronami toczą się nadal w stolicy Etiopii (już od wieeelu tygodni), teoretycznie w ostatnim czasie jest spokojniej, ale i tak obie strony oskarżają się wzajemnie o naruszanie umowy.
Takie rzeczy dzieją się kilka tysięcy kilometrów od nas, a w mediach naszych – i nie tylko naszych, bo dotyczy to w ogóle tzw. Zachodu – właściwie cisza.
***
Notkę tę napisałem, aby choć trochę uświadomić, co działo się i nadal dzieje na innym kontynencie, gdy nasze media i przez nie my patrzeliśmy na wydarzenia choćby na Ukrainie. Przy konflikcie sudańskim taka np. aneksja Krymu zdaje się być znacznie mniejszym złem. Wielu ludzi żyło więc sytuacją na Ukrainie, w Afryce w tym czasie dochodziło do kolejnych zbrodni na dużą skalę, a w tle tego wszystkiego...
Oczywiście, jednocześnie przychodzi do głowy , że kontynuowana jest jeszcze większa masowa zbrodnia, czyli aborcje dokonywane w milionach, jak świat długi i szeroki, co jest pewnie tematem na osobną refleksję. W każdym razie - nieuchronnie przychodzi refleksja, że świat ma znacznie większe problemy niż – przykładowo – ten, czy Krym należeć będzie do Ukrainy, czy do Rosji (nie umniejszając oczywiście wszelkiego dokonywanego zła).
Nie pozwólmy, by mainstreamowe przekazy medialne budowały nasz obraz świata. Można być prawie pewnym, że taki obraz będzie mocno odległy od rzeczywistości.
***
Chciałbym jeszcze dodać, że tematyką Sudanu (a raczej – Sudanów) zająłem się, gdy natrafiłem w Internecie na ten tekst. Opisywane w nim sytuacje zrobiły na mnie takie wrażenie, że mimo niewielkich możliwości, chciałem w jakikolwiek sposób pomóc. Tak powstała na FB Modlitwa za Sudan...
Zapraszam wszystkich do modlitwy za Sudańczyków, którzy niewątpliwie potrzebują duchowego wsparcia. Jak napisałem dziś na FB: nie mam wątpliwości, że sudański konglomerat konfliktów może rozbroić tylko Bóg.
***
W przygotowaniu tekstu bazowałem głównie na dwóch informacjach:
(tu - kontynuacja: http://gosc.pl/doc/1927190.Tam-juz-nikogo-nie-ma-tylko-strach)
środa, 26 marca 2014
Piractwo internetowe oraz uczciwy obieg treści – przykłady...
W dwóch notkach (tutaj i tutaj) na tym blogu przedstawiłem już zarys moich poglądów nt. piractwa w Internecie, a mam w tej kwestii – co tu dużo mówić – opinię negatywną. Ale oczywiście nie każda wymiana treści w Internecie jest piractwem, czymś nieuczciwym. Aby uniknąć nieporozumień, chciałbym na pewnych przykładach ukazać, co w świetle moich poglądów jest OK, a co nie jest OK. Podkreślam też, że jestem otwarty na wszelkie pytania, wątpliwości w tych kwestiach i w miarę możliwości chętnie je wyjaśnię. Powtarzam też, że nie działam w imieniu żadnych firm, organizacji ochrony praw autorskich itp. :) Jestem zwykłym człowiekiem, chrześcijaninem i zwykłym zakonnikiem, który po prostu interesuje się tym tematem jako jednym z co najmniej kilku. Ale – zostawmy wyjaśnienia.. zapraszam do lektury!
W poprzednich tekstach o piractwie kładłem nacisk na to, że kluczowa w kwestii korzystania z utworów w Internecie jest wolawłaścicieli praw autorskich. Oznacza to, że jeśli autor czy właściciel praw udostępnia coś za darmo w Internecie, bo tak chce, to oczywiście można z tego swobodnie korzystać. Przedstawię to na przykładzie bardzo popularnego serwisu, który był w centrum poprzedniej notki.
1. Przykłady tego, co „jest OK”:
Właściciele praw (a więc wytwórnie, sami wykonawcy etc. etc.) sami umieszczają w Internecie swoje utwory, aby je w ten sposób promować:
a) oficjalny kanał na YouTube wokalisty Mateusza Mijala - http://www.youtube.com/user/mateuszmijalvideo
(wybór wykonawcy jest przypadkowy)
b) oficjalny YouTube’owy kanał zespołu Love Story - http://www.youtube.com/user/zespolls
Na kanale tym możemy m.in. znaleźć informację: „Oficjalny kanał zespołu Love Story (...)”. Także elegancka szata graficzna tego kanału dodatkowo świadczy o tym, że jest to podstrona oficjalna. Z czegoś takiego można spokojnie korzystać i oglądać nagrania, bez obaw o łamanie praw autorskich, korzystanie z nielegalnych praktyk itp. To nie jest piractwo!
c) Przykład videobloga, czyli formy komunikacji zdobywającej dziś popularność - http://www.youtube.com/user/nowcatholicblog. Ktoś chce dotrzeć do internautów ze swoim przekazem, udostępnia więc treści i oczywiście za darmo!
Jeszcze ogólnie i pokrótce: jak rozpoznawać, co na takich portalach jest oficjalne, a co nie? Możemy oczywiście opierać się tylko na tym, co widoczne. Potrzebne jest tu także pewne zaufanie – że informacje, które widzimy, są prawdziwe. Podajmy więc przykładowe elementy, z których możemy i mamy prawo wnioskować, że treści nie są pirackie:
a) bezpośrednia informacja, że strona lub dany materiał jest oficjalny, jak np. na wymienionym kanale zespołu Love Story;
b) elegancka szata graficzna, która pokazuje, że stronę stworzyli profesjonaliści;
c) dane kontaktowe: jak oficjalny adres WWW, a czasem też kontakt do twórcy, menedżera itp.
Elementy te nie muszą oczywiście występować łącznie. Ogólnie rzecz biorąc, należy po prostu kierować się dobrą wolą i rozumem, a to już w 99% gwarancja sukcesu w rozpoznaniu, co jest, a co nie jest nieuczciwością, piractwem.
2. Przykłady tego, co nie jest OK:
a) najpierw przykłady z YouTube’a, który nie jest co prawda najgorszym serwisem pod tym względem i na dodatek daleko mu do najgorszych, ale z drugiej strony – jest bardzo popularny na świecie i też nie jest wolny od naruszeń praw autorskich, więc:
https://www.youtube.com/watch?v=wTjLZwpmufw– „rip z winylu” [zgrane z płyty winylowej];
b) przykładowy katalog z utworami w serwisie wrzuta.pl:
Przy czym takich przykładów w tym serwisie są tysiące. Mnóstwo kanałów, mnóstwo albumów czy pojedynczych utworów wstawianych bez praw do tego. Użytkownik, którego tutaj przywołuję, do tej pory wstawił ponad 4 tys. utworów, z tego bardzo wiele zachodnich zespołów, co do których jestem właściwie w 100% pewien, że nie udzielały na to zgody. Oczywiście nie chodzi mi tutaj o to, by stygmatyzować określonego użytkownika, ale chodzi po prostu o przykład. To nie jest kwestia jednego internauty, tylko bardzo wielu użytkowników tego serwisu.
Co do odbiorców tych treści, to kanał tego przykładowego użytkownika pokazuje ponad 16 mln (!) wyświetleń. Choćby to pokazuje, jaka jest skala zjawiska piractwa w Internecie.
c) to samo na popularnych „chomiku”, np.
Podobnie jak wyżej – wiele udostępnionych plików różnych wykonawców. Tego rodzaju praktyki są już nie tylko niezgodne z uczciwością, ale już też konkretnie z prawem państwowym, bo przecież ustawa o prawie autorskim zakazuje rozpowszechniania treści, do których nie ma się odpowiednich praw. Przypomnę: to prawda, że prawo nie zakazuje wprost ściągania, ale o tym akurat napisałem już w pierwszejnotce, a tu tylko nadmienię, że przecież ściąganie jest niczym innym, jak korzystaniem z tego, że ktoś udostępnia – podkreślam: wbrew woli i bez wiedzy właścicieli praw.
3. Poproszono mnie także, aby poinstruował pokrótce, w jaki sposób osoba, która czuje się poszkodowana treściami wstawionymi na takim czy innym serwisie, może dochodzić swoich praw. Pierwszym i najprostszym sposobem jest zgłoszenie problemu administratorom danego serwisu. Większe strony tego typu udostępniają do tego gotowe narzędzia, i tak:
a) YouTube – pod każdym materiałem video jest ikonka flagi, która służy do zgłaszania treści. Z tego, co widzę, należy mieć konto w serwisie, aby móc takiej operacji zgłoszenia dokonać, ale założenie konta jest oczywiście bezpłatne. Po kliknięciu ikony wybiera się jeszcze z listy powód, dla którego zgłasza się dany materiał jako niewłaściwy.
b) wrzuta.pl – pod utworem link „Zgłoś” (też trzeba być zalogowanym);
c) chomikuj.pl – na samym dole serwisu jest klikalny napis „Zgłoś jeśli naruszono regulamin” -> następnie wybiera się powód, dla którego zgłasza się dany materiał (nie trzeba być zalogowanym).
Ww. serwisy informują też, że w przypadku naruszeń o „większej skali”, konta nieuczciwych użytkowników będą usuwane.
***
Żeby nie zostawić Internautów, którzy chcą być uczciwi, z tzw. niczym, proponuję możliwą alternatywę, która moim zdaniem działa na całkiem dobrych warunkach. Nie chodzi tu o reklamę, ale jako użytkownik polecam po prostu coś, co sam kiedyś uznałem za dobrą propozycję i z czego do tej pory korzystam. Oto i możliwa propozycja: serwis muzodajnia.plreklamujący się hasłem „Portal z najtańszą muzyką w sieci”. Nie jestem znawcą całego rynku, ale myślę, że jest to uczciwe hasło. Był czas, że za jeden – legalny! – utwór w serwisie płaciłem tylko 10 gr (!), co dla mnie było rewelacją. Teraz jest drożej, ale i tak znacznie taniej niż w przypadku kupowania płyty CD w sklepie. W Muzodajni zakupować można pliki MP3 i ściągać je na swój dysk czy przenośne urządzenie. Fakt, że preferowani są tu użytkownicy sieci komórkowej Plus (oni mają w jakiś sposób łatwiejszy dostęp do treści, wystarczy wtedy opłata SMS-em), ale serwis jest dla wszystkich – także dla tych, którzy nie mają numeru u tego operatora. Tak że jeśli ktoś ma jakieś „zaskórniaki”, które chce wydać na cele rozrywkowe, a dokładniej – na muzykę – to Muzodajnia jest legalną, dobra propozycją. Nie wykluczam, że są inne tego rodzaju serwisy w Polsce, które oferują treści w dobrej cenie, ale – ja takowych nie znam.
I podkreślam raz jeszcze – nie działam na niczyje zlecenie (no, chyba że własnego sumienia ;). Po prostu staram się w życiu postępować uczciwie i do tego samego zachęcam innych, a szczególnie – wierzących, którzy wiedzą, że mają zobowiązania przed Bogiem do tego, aby stopniowo być coraz bliżej Niego, by ich życie stawało się coraz lepszym, co w moralności sprowadzało by się w uproszczeniu do zasady: „Unikaj zła, czyń dobro”. Miłuj bliźniego swego jak siebie samego, a więc także – szanuj jego własność, w tym tę tzw. własność intelektualną, a więc różnego rodzaju utwory.
Jako przykład uczciwego promowania treści chciałem wcześniej podsunąć jeszcze jeden przykład, który raptem dziś poznałem. Popularnego na świecie portalu, którzy ma także swoją polską wersję i promuje legalnie teledyski różnych twórców, w tym tych najbardziej znanych. Ale kiedy przeglądałem stronę główną tego serwisu, zobaczyłem, ile treści wręcz ocieka tam erotyką. Powstaje wrażenie, że na stronie głównej wręcz umieszczono specjalnie takie fragmenty teledysków, które miały zachęcać do ich oglądania właśnie przez dość nachalne epatowanie seksualnością. I nie chodzi tu tylko o skąpe stroje występujących pań. W trosce o moralność szerzej pojętą niż tylko w zakresie piractwa, nie informuję więc o tym serwisie i sam też nie mam zamiaru z niego korzystać. To jest zresztą osobny temat ogromnej, nachalnej erotyzacji, panoszącej się w obecnym świecie. Kanałem tego zjawiska w dużej mierze są teledyski bardzo popularnych twórców. Ale to już temat na inne rozważania.
Czytelników zachęcam do: interakcji; poruszania tych aspektów różnego rodzaju piractwa, których sam jeszcze nie poruszyłem; zadawania pytań; dzielenia się wątpliwościami itd. itp.
Jednocześnie, korzystając z okazji, serdecznie pozdrawiam tych, którzy zaglądają na mój blog! :)
czwartek, 20 marca 2014
Jaki jest problem z YouTube’em?
Chciałbym wrócić do kwestii praw autorskich w Internecie, którą poruszyłem już w pierwszej notce na tym blogu. Wtedy pokrótce wyjaśniłem, jakie mam zastrzeżenia do ściągania filmów czy muzyki z Internetu (a bardziej wprost – dlaczego jestem takiej praktyce przeciwny). Teraz chciałbym odnieść się do korzystania z treści w takich serwisach, jak np. YouTube czy wrzuta.pl.
Znajomy ksiądz, z którym rozmawiałem kiedyś o piractwie, przytoczył konkretną sytuację z przeszłości. Otóż pewien dość znany twórca katolickich filmów żalił się temu księdzu, że ktoś – wbrew jego woli – umieścił w serwisie YouTube film jego autorstwa. Materiał miał w serwisie dużą oglądalność, bo swego czasu był bardzo popularny w środowisku ludzi wierzących. Tyle tylko, że twórca, o którym mowa, zarabia na życie – na siebie i rodzinę – w taki sposób, że sprzedaje swoje filmy; w ten sposób osoba, która „wpuściła” materiał do Internetu, pozbawiła autora przynajmniej części zysków. Bo od tej pory wiele osób mogło obejrzeć film, nie płacąc za niego – i mogli nawet nie wiedzieć, że nagranie znalazło się w Internecie wbrew woli twórcy.
Piractwo to nie tylko ściąganie treści na dysk bez autoryzacji, bez zapłacenia za nie. W wielu przypadkach to także korzystanie z treści bezpośrednio przez sieć. Czy spotkaliście się kiedyś na YouTube z komunikatem, że dany materiał nie jest już dostępny, bo właściciel praw zastrzegł dostęp do niego? Bo mi się zdarzało, kiedy jeszcze luźniej podchodziłem np. do słuchania muzyki w sieci. Nawet się czasem lekko złościłem, kiedy chciałem czegoś posłuchać, a nie mogłem. Ale teraz rozumiem już twórców czy tych, którzy reprezentują ich interesy.
Tak naprawdę różnica między ściąganiem nielegalnie umieszczonych treści na swój komputer a oglądaniem ich od razu na stronach Internetowych jest niewielka. W jednym i drugim chodzi bowiem o to samo. Ktoś nielegalnie umieścił jakiś materiał (piosenkę, film itp.) w Internecie, wbrew woli właścicieli praw autorskich, a inni potem z tego dowolnie korzystają. Wytwórnia czy autorzy nie mają z tego nic albo prawie nic („prawie”, bo czasem ktoś poczuwa się do tego, by potem kupić oryginalny produkt).
Ukazując na początku przykład z autorem katolickiego filmu, chciałem pokazać, że tutaj zawsze chodzi o szacunek do konkretnych ludzi. Jan Paweł II, jeszcze jako bp Karol Wojtyła, w swoich książkach z dziedziny etyki używał pojęcia „norma personalistyczna”. W normie tej chodzi po prostu o to, aby traktować każdego człowieka zgodnie z tym, kim jest – a ZAWSZE jest osobą, ludzką osobą. Chodzi tu o to, by traktować każdego tak, jak samemu chce się być traktowanym – bo osoby (wszyscy ludzie) są sobie równe. Norma ta zawiera się w sposób mniej lub bardziej bezpośredni także w Nowym Testamencie, który jest – jak wiemy – jednym z fundamentów wiary chrześcijańskiej. Norma personalistyczna jest bowiem zasadą, na której oparte jest przykazanie miłości Boga i bliźniego, czyli istota chrześcijańskiego przesłania moralnego.
Norma ta rozciąga się na wszystkie sfery ludzkiego działania, jeśli chodzi o ich moralną ocenę. Przez jej pryzmat trzeba więc także patrzeć na korzystanie z różnego rodzaju dóbr kultury. Dotyczy to zresztą nie tylko muzyki czy filmów, ale też np. książek, które nieraz – w formie skanów – są umieszczane w sieci. Te same zasadą rozciągają się także na różnego rodzaju programy komputerowe, w tym gry.
Skala kradzieży własności intelektualnej na świecie jest bardzo duża (nie podam tu w tej chwili żadnych liczb, bo nie jest to istotne dla moich rozważań). I nieprzypadkowo używam tutaj słowa „kradzież”. Jeśli chodzi o uzasadnienie, to nie chcę się powtarzać, zapraszam więc do zapoznania się z pierwszą notką. Tutaj tylko skrótowo: ktoś inwestuje pieniądze i finalnie wypuszcza produkt na rynek po to, aby na nim zarobić, a nie rozdawać za darmo – taka jest normalna istota działalności gospodarczej, do której różne firmy, podmioty mają prawo. Na tym to polega, że aby firma mogła działać, zatrudniać ludzi, wypuszczać na rynek kolejne produkty, które interesują ludzi – to prędzej czy później musi na tych swoich produktach zarabiać. Rozdawanie za darmo nazywa się działalnością charytatywną i tym zajmują się przede wszystkim odrębne organizacje, a nie np. wytwórnie filmowe czy fonograficzne. Zresztą te też oddają część swoich zarobków do wspólnej kasy państw, na rzecz lepiej lub gorzej pojętego wspólnego dobra – bo przecież płacą podatki.
W tym tekście nie chodzi o to, żeby zanegować działanie serwisów typu YouTube. Chodzi o pewien etyczny sprzeciw wobec nielegalnego korzystania z tych narzędzi. W Internecie istnieje też przecież bardzo duży legalny obieg treści – wiele osób tworzy np. videoblogi, którymi dzielą się na popularnych stronach. Wiele firm prowadzi także własne kanały przykładowo na YT, gdzie oficjalnie dzielą się wyprodukowanymi przez siebie piosenkami czy fragmentami filmów.
Tak już mamy ułożony świat, że obieg dóbr kultury odbywa się w ogromnej mierze na zasadach biznesowych, komercyjnych. Tak samo produktów ze sklepu spożywczego czy chemicznego nie bierzemy za darmo, ale musimy za nie zapłacić – bo ktoś wcześniej musiał wyłożyć konkretne pieniądze, żeby te towary wytworzyć czy przewieźć. Pamiętajmy, że tworzenie muzyki, filmów czy gier komputerowych też kosztuje konkretne pieniądze. I jeśli chcemy te produkty uzyskać i czerpać z nich przyjemność (bo głównie chodzi w tej sferze o rozrywkę), to musimy dać coś w zamian. Te reguły trzeba szanować, aby można było powiedzieć, że żyje się uczciwie.
Ostatecznie – wracając do wspomnianej już normy personalistycznej – postuluję takie korzystanie z różnego rodzaju treści, jakiego życzą sobie ich autorzy. Nie ma przy tym obawy, że ceny będą windowane do niebotycznych rozmiarów. Ceny są takie, jakie ktoś jest w stanie zapłacić. Twórcy wiedzą, że nie mogą ustalać zbyt wysokich, bo wtedy nikt nie będzie kupować, a oni nie będą zarabiać. Należy tylko pamiętać o jednym: jeśli jednak cena na moją konkretną kieszeń jest zbyt wysoka, to w ramach uczciwości nie pozostaje mi nic innego, jak zrezygnować z danej treści. Nie mam prawa „wykradać” jej z Internetu, korzystając z okazji, że ktoś ją tam wcześniej nielegalnie umieścił. Nie mam pieniędzy na batonika – nie kupuję batonika. Prosta, przejrzysta zasada.
Chciałbym jeszcze na koniec zastrzec, że nie jestem na usługach żadnej firmy fonograficznej ani innego tego rodzaju podmiotu. ;) Moje poglądy są po prostu wyrazem kilku dobrych lat refleksji na ten temat. W którymś momencie dostrzegłem, że korzystanie z treści w Internecie niesie ze sobą konkretne pytania natury etycznej – i domagały się one rozwiązania, odpowiedzi. Sumienie wsparte przemyśleniami – po paru latach wątpliwości, wewnętrznego mocowania się ze sobą itp. – doprowadziło mnie w końcu do takich rozwiązań, jakie zawarłem w obu notkach nt. piractwa.
Jeśli Drogim Czytelnikom nasuwają się jeszcze jakieś wątpliwości, pytania, nowe elementy tego tematu – będę wdzięczny za napisanie komentarza pod tekstem..
środa, 26 lutego 2014
Krótka historia pogardy
W tym świecie, w którym wszystko musi być „glamour”, gardzi się tym, co słabe, chore, brzydkie czy ułomne. Tego, co trudne i bolesne, nie chce się nawet widzieć na oczy, spychając tego typu rzeczywistości na margines. W świecie, w którym żyjemy, jedni ludzie gardzą innymi. Gorsze jest chyba jednak, gdy człowiek zaczyna gardzić samym sobą; gdy nie chce widzieć w sobie tego, co nie odpowiada promowanemu przez świat ideałowi. Jest to choroba także naszych czasów, ale nie tylko naszych. Zjawisko to jest chyba bowiem tak stare, jak historia ludzkiego grzechu.
Wszyscy chyba uczyliśmy się w szkole o Sparcie, w której słabsze czy chore niemowlęta zabijano po urodzeniu. Nie spełniały one bowiem kryteriów zdrowia i siły. Wiemy, jak przez wieki traktowano trędowatych, którzy byli po prostu wyrzucani poza „normalną” społeczność. Jasne.. na pewno znaczący był tu argument, by ludzie chorzy nie zarażali zdrowych. Ale prawdą też jest, że tymi wyrzucanymi na margines nikt czy prawie nikt się nie zajmował, byli oni zostawiani samym sobie. Nieliczni święci wsławili się tym, że – często ryzykując własnym zdrowiem i życiem – nieśli im pomoc.
W bardziej współczesnych czasach... Wiemy, że w pierwszych dekadach XX w. panoszyła się eugenika, tj. dziedzina zajmująca się „doskonaleniem” rodzaju ludzkiego. Chodziło o kierowanie rozrodczością w taki sposób, aby stopniowo „oczyszczać” ludzkość z różnego rodzaju skaz, chorób itp. Działalność ta swój szczyt miała chyba w hitlerowskich Niemczech, które – jak wiemy – mocno promowały ideał aryjskiego „nadczłowieka”. W III Rzeszy zabijano np. umysłowo chorych, upośledzonych – nie było litości dla tego, co niedoskonałe, co nie wzbudzało podziwu. Ciekawe jest w tym momencie , że filozof Friedrich Nietsche, który dobre kilka lat przed Hitlerem gloryfikował w swych dziełach złudną ideę „nadczłowieka”, skończył w szpitalu psychiatrycznym. To o czymś świadczy. Swoją drogą, doczytałem też o tym filozofie, że postulował w swej twórczości powrót do kultury starożytnej Grecji, co moim zdaniem wskazuje na pewną ciągłość myśli na przestrzeni wieków, w tym przypadku myśli nieludzkiej i destruktywnej.
Od wieków czy wręcz tysiącleci znana jest też praktyka „spędzania płodów”, dzisiaj nazywana raczej aborcją. Jak wiemy, w wielu krajach można ją przeprowadzać legalnie m.in. ze względu na „trwałe i nieodwracalne uszkodzenie płodu”. W praktyce często sprowadza się do tego, że zabijane są dzieci z zespołem Downa. Tak dzieje się w Polsce, tak dzieje się też w innych krajach. Jakiś czas temu spotkałem się z informacją, że w Wlk. Brytanii praktycznie nie rodzą się już dzieci z zespołem Downa. Czy to oznacza, że współczesna medycyna wyeliminowała to genetyczne zaburzenie? Nie.. To oznacza, że dzieci z zespołem Downa są po prostu abortowane, czyli – zabijane na wczesnym etapie swego człowieczego rozwoju...
Kiedy myślę o tych aborcjach ze względu na upośledzenia, to przypomina się Sparta. Dziś, kiedy czytamy o zabijaniu noworodków w starożytnej Grecji, wzdragamy się pewnie na bezlitosne i barbarzyńskie obyczaje, które tam wówczas istniały. Ale czym innym jest zabijanie np. dzieci z zespołem Downa czy innymi upośledzeniami? Przecież to jest w istocie to samo. Zabija się ludzi we wczesnej fazie rozwoju – gdy są jeszcze całkiem bezbronne – bo nie spełniają oczekiwań... Bo nie są ładne, zdrowe i inteligentne.. Współczesny wymiar odwiecznej zbrodni na bezbronnych. To oczywiste, że ludzie muszą się oszukiwać, żeby móc robić takie rzeczy. Ludzie chcą siebie uważać za moralnych i uczciwych, więc nie mogą sobie przecież wprost powiedzieć, że zabijają swoje dzieci. Oszukują się, aby móc dokonywać zła...
Osobnym tematem jest eutanazja. Osobnym, bo tutaj śmierć dokonuje się na własne życzenie. Jest to w istocie forma samobójstwa, gdzie narzędziem do jego dokonania staje się drugi człowiek – najczęściej, a może zawsze, lekarz.. Lekarz, którego zadaniem jest leczyć, a który w takim momencie pomaga przejść na drugi świat.. Co więcej, jeden Pan Bóg wie, jak często akty eutanazji są inspirowane przez ludzi z otoczenia, którym opieka nad chorym sprawia może problem. Mam nadzieję, że takich przypadków jest jak najmniej, bo byłyby one jednym z bardziej wyrafinowanych aktów okrucieństwa, inspirowanych oczywiście nie przez kogo innego, jak perfidnego złego.
To są przykłady, jaką destrukcyjną postawę – i to od wieków – przyjmuje świat względem ludzkiej ułomności. Sposób myślenia „tego świata” przejawia się m.in. w tym, że uznaje się tylko to, co błyszczy, co wzbudza podziw. Wiemy, a przynajmniej powinniśmy, że jest to postawa całkowicie przeciwna duchowi chrześcijaństwa. Bo chrześcijaństwo w praktyce to m.in. (a może – przede wszystkim) miłosierdzie, czyli postawa, która nakazuje schylać się ku biednemu, ułomnemu. Nie z poczuciem wyższości, ale ze współczuciem. Ze świadomością, że to jest mój brat czy siostra, którzy mają godność równą mojej. Tak.. to ważne, byśmy jako chrześcijanie po pierwsze znali swoją ludzką godność, a po drugie – byśmy tę godność pomagali odkrywać innym. Zwłaszcza tym, którzy tego najbardziej potrzebują. Tym, którzy są pogardzani i odepchnięci przez innych.
Niech nam miłosierny Bóg w tym dopomoże. Niech pomoże nam być takimi, jakim On jest. Amen.
PS Na zakończenie obraz, który ukazuje sporo z postawy pogardy...
Nie miał On wdzięku ani też blasku,
aby na Niego popatrzeć,
ani wyglądu, by się nam podobał.
Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi,
Mąż boleści, oswojony z cierpieniem,
jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa,
wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.
(Iz 53, 2b-3)
piątek, 21 lutego 2014
Co łączy św. Agatę i św. Łucję?
I dlaczego w ogóle zainteresował mnie ten temat? Powód jest dość prosty i ma naturę duchową. Otóż w liturgiczne wspomnienia tych dwóch świętych męczennic z pierwszych wieków chrześcijaństwa poczułem się w taki czy inny sposób szczególnie dotknięty przez łaskę Bożą i w moim „zmyśle wiary” łączyłem to właśnie z ich wstawiennictwem. Zobaczmy więc – co łączy te dwie święte kobiety?
Nie jest celem w tym tekście powtarzanie dostępnych życiorysów obu niewiast, bo te bez trudu można znaleźć w Internecie. Wystarczy wskazać na punkty wspólne, których – jak się okazuje – jest wyjątkowo dużo.
| Św. Agata (źródło: exurbe.com) |
Ale po kolei.. Z podań wiemy wprost lub możemy wywnioskować, że zarówno Agata, jak i Łucja pochodziły z dobrych, znamienitych rodzin oraz że były niepospolitej urody (mówiąc bardziej wprost – obie były pięknymi, młodymi kobietami). Jako takie musiały wzbudzać zainteresowanie mężczyzn, także tych z wyższych sfer. Agatę ukochał rzymski namiestnik Sycylii, a Łucję – anonimowy „młodzieniec ze szlachetnego rodu”, jak mówi jedna z krótkich hagiografii. Jednak żaden z ożenków nie miał dojść do skutku. Agata po swoim chrzcie (nie wiem, ile miała wtedy lat) złożyła ślub dziewictwa, swoje życie postanowiła poświęcić Chrystusowi. Łucja uczyniła to samo po nawiedzeniu grobu Agaty, rezygnując tym samym z umówionego już małżeństwa.
| Św. Łucja (myhopebox.wordpress.com) |
Najpierw obie kobiety próbowano zhańbić czy też moralnie zepsuć. Agatę oddano do domu kobiety imieniem Afrodyssa, znanej z rozpustnego stylu życia. Została ona tam umieszczona, aby pod presją zeszła na złą drogę, ale oczekiwania prześladowców nie zostały spełnione. Z kolei Łucja miała trafić na pohańbienie do domu publicznego, ale tutaj zamiar nie doszedł do skutku – podobno nawet wołami nie można było ruszyć kobiety z miejsca. Wobec tego, najbardziej perfidne i podłe plany pogańskich oprawców nie zostały zrealizowane.
W tej sytuacji zarówno Agata, jak i Łucja zostały poddane torturom. Polegały one m.in. na tym, że Agacie obcięto piersi, a Łucji wyłupiono oczy. Po tej linii Agata patronuje m.in. kobietom borykającym się z chorobami piersi, a Łucja uchodzi za „specjalistkę” od schorzeń oczu. Po torturach dziewicom odebrano życie. Agatę spalono na rozżarzonych węglach, a Łucję ścięto mieczem.
Jeśli chodzi o różnice, to zdaje się, że Agata zginęła w młodszym wieku niż jej „duchowa siostra”. Patrząc na życiorysy, Agata w chwili śmierci mogła mieć ok. 16 lat, a Łucja – w zależności od źródła – 23 lub 28. Jakkolwiek, obie były młodymi, pięknymi chrześcijankami, które przez zawiść pogańskich mężczyzn, napędzaną oczywiście przez złego, poniosły śmierć w męczarniach.
Obie są od wieków czczone jako święte Kościoła katolickiego. Obie są znane, choć można wątpić, czy pozostają w „mainstreamie” kościelnego kultu. Zdaje się, że w Polsce bardziej znana i czczona jest Agata, popularniejsze jest choćby jej imię.
Będę chciał przyjrzeć się dokładniej, jakie ślady kultu widzimy w naszym kraju dziś, w XXI wieku, a więc po ponad siedemnastu wieków od uwiecznionego świadectwa świętych niewiast. Ale to już w jednej z następnych notek...
Św. Agato i Św. Łucjo, Dziewice i Męczennice, módlcie się za nami i wspomnijcie na cierpiący naród ukraiński!
PS Przy tak zwanej okazji okazało się, że nie jestem pierwszym blogerem, który zdecydował się napisać łącznie o św. Agacie i św. Łucji. ;) Przykład choćby tutaj: http://www.exurbe.com/?p=960.
PS Przy tak zwanej okazji okazało się, że nie jestem pierwszym blogerem, który zdecydował się napisać łącznie o św. Agacie i św. Łucji. ;) Przykład choćby tutaj: http://www.exurbe.com/?p=960.
czwartek, 20 lutego 2014
Firmy fonograficzne to nie organizacje charytatywne! - czyli dlaczego jestem przeciwnikiem piractwa (refleksja etyczna)
Zdaje się, że dzisiaj mnóstwo ludzi ma mentalność mówiącą, że jeśli coś jest dostępne w Internecie i można to technicznie ściągać bez uiszczania żadnych opłat, to czemu tego nie robić? Skoro jest możliwość, a na dodatek nikt za to (z nielicznymi wyjątkami) nie ściga, to dlaczego sobie odmawiać? Temat ten, bardzo przecież praktyczny, chciałbym podjąć od strony moralnej. Są to rozważania o tym, jak powinien się ustosunkować do tych spraw chrześcijanin, którego nie interesuje przeciętność, a dążenie do doskonalenia swego życia moralnego w świetle Bożej prawdy. Do kwestii zamierzam podejść co najmniej od dwóch stron.
Po pierwsze: aspekt, który został podjęty już w tytule. Mianowicie, że firmy wprowadzające na rynek różne dobra kultury nie są organizacjami charytatywnymi. Podstawowa różnica między jednym a drugim rodzajem podmiotów leży w celu ich działalności. Organizacje dobroczynne z zasady rozdają różne dobra tym, którzy tego potrzebują. Tymczasem istotnym celem wytwórni muzycznych czy filmowych – jako podmiotów gospodarczych sensu stricto – jest nic innego, jak sprzedanie wytworzonych dóbr. Poza tym dzieła miłosierdzia opierają się na tym, że zazwyczaj otrzymują środki na swoją działalność od otoczenia – tak po prostu, w formie datków. Natomiast firmom fonograficznym nikt nic za darmo nie daje – one mają na swoją działalność zarobić. Jeżeli nie zarobią, nie będą mogły prowadzić swojej działalności propagowania dóbr kultury.
Oczywiste jest, że jeśli firma na siebie nie zarobi, to nikt jej ot, tak nie przydzieli środków na dalsze działanie. Np. kiedy inwestorzy łożą swoje środki na rozwój jakichś gospodarczych pomysłów, to nie dla bezinteresownego mecenatu czy dla dobrego samopoczucia, ale po to, by prędzej czy później odebrać ten wkład z zyskiem. Tym bardziej zwykli zjadacze chleba, przeciętni obywatele, nie zrobią zrzutki na to, aby np. Sony lub EMI mogło kontynuować swoją działalność na rynku (ktoś wyobraża sobie taki scenariusz? ;).
Więc, aby firmy działające w sektorze kultury mogły funkcjonować i wprowadzać na rynek kolejne produkty, muszą na siebie zarabiać. Żeby po pierwsze komuś opłacało się prowadzić taką działalność, a po drugie – by były środki na kolejne produkcje, filmy, albumy z muzyką etc. etc. A jako że pieniążki z nieba firmom nie spadają, to zarabiają po prostu przez to, że sprzedają swoje produkty. Wiadomo, biznesy te jakoś się – póki co – kręcą, bo znajduje się duża liczba konsumentów, którzy oryginalne produkty kupują. Ale wyobraźmy sobie, co by było, gdyby nagle zdecydowana większość kino- czy melomanów sięgnęła tylko po to, co jest dostępne za darmo w sieci. Firmy by upadły, bo skończyłyby im się środki na funkcjonowanie i inwestowanie milionów nieraz dolarów na kolejne produkcje. Przypuszczam, że w takiej sytuacji mielibyśmy do czynienia z jakimś „tąpnięciem”, załamaniem w sferze kultury masowej i takim rozwojem sprawy mnóstwo osób byłoby z pewnością zawiedzionych.
Od strony etycznej ważna jest też dla mnie wola tych, którzy wytwarzają jakieś dobra. Wytwarzanie ich, jak wiadomo, łączy się z kosztami. Jeśli więc firma inwestuje wielkie nieraz pieniądze, żeby coś wytworzyć, to po to, aby ostatecznie sprzedać to z zyskiem i w ten sposób spełnić podstawowy kapitalistyczny cel działania przedsiębiorstwa. Od razu zaznaczam – neguję cel kapitalizmu w jego najbardziej skrajnej formie, gdzie fundamentalnym celem firmy jest MAKSYMALIZACJA zysku. Moim zdaniem, i chyba zresztą każdy historyk to potwierdzi, tak postawiony cel prowadził częstokroć do nadużyć, do ludzkiej krzywdy. Tego bym nie chciał. Wierzę w coś takiego, jak zysk GODZIWY, SPRAWIEDLIWY. Tak czy inaczej, w kapitalizmie chodzi o zysk i nikt rozsądny nie odmówi chyba przedsiębiorcy – przynajmniej w normalnych warunkach – prawa do jego uzyskiwania.
Jeśli więc ktoś inwestuje środki, aby coś wytwarzać i CHCE to sprzedawać, a nie rozdawać za darmo, to uważam, że jedynym słusznym podejściem jest uszanowanie tego – przynajmniej w odniesieniu do szeroko pojętego przemysłu rozrywkowego, który tutaj rozpatrujemy. Więc jeśli ktoś ustali cenę albumu z muzyką na 100 albo nawet 200 zł, to widzę tylko dwie opcje – albo chcę to mieć i wykładam na stół dwie „stówy”, albo po prostu z tego towaru rezygnuję, nie ściągając go pokątnie z jakiegoś torrenta czy innego serwisu z serwerem przykładowo w Rosji czy Chinach, które – na marginesie – zdają się należeć do zagłębiów internetowego piractwa (już sam ten fakt powinien dać do myślenia zwolennikom piractwa – bo chyba nikt rozsądny nie postawi dziś Rosji ani Chin jako przykładu wzorowego życia w państwie).
Jeśli ściągamy z sieci piracko udostępnioną piosenkę czy film, to odnosimy tym samym jakąś korzyść. Zyskujemy coś, czego wcześniej nie mieliśmy, a co prawdopodobnie będzie dla nas źródłem przyjemności, doznań estetycznych etc. Skoro ktoś zainwestował konkretne pieniądze, aby to wytworzyć i następnie sprzedawać w celu odzyskania poniesionych kosztów i uzyskania zarobku, to jakim prawem my mielibyśmy to dostać za darmo? Na zasadzie jakiego prawa miałoby się to nam za darmo należeć? Powtórzę: skoro ktoś poniósł koszt i konkretne nakłady swojej pracy, to jakim prawem my ten jego produkt chcemy mieć za darmo? Na podstawie takiego toku rozumowania piractwo traktuję w kategoriach kradzieży, występku przeciw siódmemu przykazaniu. Jest to oczywiście inna forma kradzieży niż np. podprowadzenie komuś mercedesa z garażu, ale jednak. Bo uzyskujemy wtedy za darmo coś, za co powinniśmy wytwórcy zapłacić. Pamiętajmy o wysiłku i środkach, jakie ktoś ponosi, aby coś wytworzyć.
Wiadomo.. osobną sprawą jest jakość produkcji, które trafiają na rynek (bo nie ulega wątpliwości, że są wśród nich piosenki czy filmy szkodliwe, np. albumy satanistycznych zespołów). Osobną kwestią jest także skala zarobków: muzyków, aktorów, właścicieli wytwórni itp. Jakkolwiek, nie jesteśmy od tego, aby przeprowadzać w przemyśle kulturalnym jakąś „inkwizycję”! To jest sprawa sumienia artystów, jakie pieniądze zarabiają. A jeśli np. nie uważasz jakiegoś utworu za dość wartościowy, bo za niego płacić, to po prostu z niego rezygnujesz. Nie kupujesz, nie płacisz, ale też nie zyskujesz tego na boku – bo jakim prawem? Jeśli nie chcesz płacić wytwórcy, to nie wyciągaj ręki – proste.
Ważne jest też tutaj, że dobra kultury – jak muzyka czy filmy – nie są dla człowieka towarem pierwszej potrzeby. Owszem, są ważne, ale nikt chyba nie postawi ich na równi z jedzeniem, piciem, odzieniem czy dachem nad głową. Gdyby ktoś w trudnych warunkach niedoboru windował ceny żywności, aby się na tym dorobić, byłoby to oczywiście naganne. Ale nie uważam, by ta sama zasada stosowała się do wytworów kultury – one nie należą do podstawowych potrzeb, bez nich można żyć.
Po drugie: często można spotkać się z argumentem na rzecz piractwa, że przecież ściąganie nie jest zabronione przez prawo. Rzeczywiście, ściąganie jako takie nie jest zabronione przez prawo (przynajmniej w Polsce), ale zauważmy dlaczego. Przede wszystkim dlatego, że ściganie tego jako przestępstwa czy wykroczenia byłoby niemożliwe, bo zbyt szeroki jest zakres tego zjawiska w społeczeństwie. A ustawodawca – ze względów choćby wizerunkowych – nie może ustanawiać prawa, którego następnie nie jest w stanie egzekwować, bo naraziłby się w ten sposób na śmieszność. Ale nie to jest tutaj najważniejsze, moim zdaniem, z etycznego punktu widzenia.
Ważniejsze jest moim zdaniem co innego. Mianowicie to, że choć ściąganie zabronione prawem nie jest, to udostępnianie innym użytkownikom – jak wiemy – już jak najbardziej jest zabronione. A żeby ktoś mógł ściągnąć pirackie utwory czy filmy, to ktoś je musi wcześniej udostępnić, prawda? Ergo – ściąganie jest niczym innym, jak korzystaniem z przestępstwa, mianowicie że ktoś wcześniej materiał nielegalnie udostępnił. Odpada więc argument z prawa. Bo co z tego, że powiem sobie, że ściąganie nie jest zabronione, skoro jest ono wprost korzystaniem z innego czynu zabronionego?
Powyżej zarysowałem podstawowe argumenty etyczne czy też moralne, które moim zdaniem przemawiają przeciw piractwu. Dla mnie są one wystarczająco przekonujące, aby samemu nielegalnie utworów nie ściągać. Jeśli mam muzykę z sieci, to kupioną, za którą zapłaciłem odpowiedniemu internetowemu sklepowi z utworami. Powyższa argumentacja nie jest wynikiem jakiegoś jednorazowego „eureka” – dochodziłem do tego przez dłuższy czas jako człowiek, który kiedyś nie miał oporów przez pirackimi praktykami. Ale na skutek refleksji moralnej uległo to zmianie i zostało doprowadzone do obecnego punktu.
W tym tekście oczywiście nie wyczerpałem tematu. Temat praw autorskich jest bardzo rozległy i wykraczający daleko poza ściąganie pirackiej muzyki czy filmów z sieci. Jest np. kwestia oglądania zawartości na serwisach typu YouTube. O tym też będę chciał napisać, ale to już może w osobnej notce, aby na raz nie podejmować zbyt dużej liczby zagadnień.
Czytelnikom dziękuję za zapoznanie się z tym, co powyżej napisałem i zapraszam do dyskusji.
PS Prawie gotowy mam już kolejny tekst - o tym, co łączy św. Agatę i św. Łucję; widzicie więc, że rozstrzał tematyczny tekstów jest dość spory. ;)
Witajcie!
Na początek kilka zdań o sobie i o tym blogu.
Nazywam się Adam Ołtusek, mam 28 lat. Od września 2013 jestem chrystusowcem, czyli członkiem katolickiego zakonu o pełnej nazwie Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagronicznej. Hasło "Wszystko dla Boga i Polonii" to dewiza tego właśnie zgromadzenia, którego głównym celem jest duchowa służba Polakom, którzy wyjechali z kraju. Aktualnie jestem klerykiem I roku seminarium chrystusowców.
Choć w czołówce bloga umieściłem hasło zgromadzenia, to nie mam zamiaru zajmować się tylko tematami związanymi z Polonią. Zakres będzie szeroki - w zależności od tego, o czym będę chciał pisać. Zresztą, przekonacie się o tym już po treści najbliższych notek, z których pierwszą wstawiam już za chwilę..
Zapraszam do lektury i dyskusji!
Szczęść Boże!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

