czwartek, 20 lutego 2014

Firmy fonograficzne to nie organizacje charytatywne! - czyli dlaczego jestem przeciwnikiem piractwa (refleksja etyczna)

Zdaje się, że dzisiaj mnóstwo ludzi ma mentalność mówiącą, że jeśli coś jest dostępne w Internecie i można to technicznie ściągać bez uiszczania żadnych opłat, to czemu tego nie robić? Skoro jest możliwość, a na dodatek nikt za to (z nielicznymi wyjątkami) nie ściga, to dlaczego sobie odmawiać? Temat ten, bardzo przecież praktyczny, chciałbym podjąć od strony moralnej. Są to rozważania o tym, jak powinien się ustosunkować do tych spraw chrześcijanin, którego nie interesuje przeciętność, a dążenie do doskonalenia swego życia moralnego w świetle Bożej prawdy. Do kwestii zamierzam podejść co najmniej od dwóch stron.

Po pierwsze: aspekt, który został podjęty już w tytule. Mianowicie, że firmy wprowadzające na rynek różne dobra kultury nie są organizacjami charytatywnymi. Podstawowa różnica między jednym a drugim rodzajem podmiotów leży w celu ich działalności. Organizacje dobroczynne z zasady rozdają różne dobra tym, którzy tego potrzebują. Tymczasem istotnym celem wytwórni muzycznych czy filmowych – jako podmiotów gospodarczych sensu stricto – jest nic innego, jak sprzedanie wytworzonych dóbr. Poza tym dzieła miłosierdzia opierają się na tym, że zazwyczaj otrzymują środki na swoją działalność od otoczenia – tak po prostu, w formie datków. Natomiast firmom fonograficznym nikt nic za darmo nie daje – one mają na swoją działalność zarobić. Jeżeli nie zarobią, nie będą mogły prowadzić swojej działalności propagowania dóbr kultury.

Oczywiste jest, że jeśli firma na siebie nie zarobi, to nikt jej ot, tak nie przydzieli środków na dalsze działanie. Np. kiedy inwestorzy łożą swoje środki na rozwój jakichś gospodarczych pomysłów, to nie dla bezinteresownego mecenatu czy dla dobrego samopoczucia, ale po to, by prędzej czy później odebrać ten wkład z zyskiem. Tym bardziej zwykli zjadacze chleba, przeciętni obywatele, nie zrobią zrzutki na to, aby np. Sony lub EMI mogło kontynuować swoją działalność na rynku (ktoś wyobraża sobie taki scenariusz? ;).

Więc, aby firmy działające w sektorze kultury mogły funkcjonować i wprowadzać na rynek kolejne produkty, muszą na siebie zarabiać. Żeby po pierwsze komuś opłacało się prowadzić taką działalność, a po drugie – by były środki na kolejne produkcje, filmy, albumy z muzyką etc. etc. A jako że pieniążki z nieba firmom nie spadają, to zarabiają po prostu przez to, że sprzedają swoje produkty. Wiadomo, biznesy te jakoś się – póki co – kręcą, bo znajduje się duża liczba konsumentów, którzy oryginalne produkty kupują. Ale wyobraźmy sobie, co by było, gdyby nagle zdecydowana większość kino- czy melomanów sięgnęła tylko po to, co jest dostępne za darmo w sieci. Firmy by upadły, bo skończyłyby im się środki na funkcjonowanie i inwestowanie milionów nieraz dolarów na kolejne produkcje. Przypuszczam, że w takiej sytuacji mielibyśmy do czynienia z jakimś „tąpnięciem”, załamaniem w sferze kultury masowej i takim rozwojem sprawy mnóstwo osób byłoby z pewnością zawiedzionych.

Od strony etycznej ważna jest też dla mnie wola tych, którzy wytwarzają jakieś dobra. Wytwarzanie ich, jak wiadomo, łączy się z kosztami. Jeśli więc firma inwestuje wielkie nieraz pieniądze, żeby coś wytworzyć, to po to, aby ostatecznie sprzedać to z zyskiem i w ten sposób spełnić podstawowy kapitalistyczny cel działania przedsiębiorstwa. Od razu zaznaczam – neguję cel kapitalizmu w jego najbardziej skrajnej formie, gdzie fundamentalnym celem firmy jest MAKSYMALIZACJA zysku. Moim zdaniem, i chyba zresztą każdy historyk to potwierdzi, tak postawiony cel prowadził częstokroć do nadużyć, do ludzkiej krzywdy. Tego bym nie chciał. Wierzę w coś takiego, jak zysk GODZIWY, SPRAWIEDLIWY. Tak czy inaczej, w kapitalizmie chodzi o zysk i nikt rozsądny nie odmówi chyba przedsiębiorcy – przynajmniej w normalnych warunkach – prawa do jego uzyskiwania.

Jeśli więc ktoś inwestuje środki, aby coś wytwarzać i CHCE to sprzedawać, a nie rozdawać za darmo, to uważam, że jedynym słusznym podejściem jest uszanowanie tego – przynajmniej w odniesieniu do szeroko pojętego przemysłu rozrywkowego, który tutaj rozpatrujemy. Więc jeśli ktoś ustali cenę albumu z muzyką na 100 albo nawet 200 zł, to widzę tylko dwie opcje – albo chcę to mieć i wykładam na stół dwie „stówy”, albo po prostu z tego towaru rezygnuję, nie ściągając go pokątnie z jakiegoś torrenta czy innego serwisu z serwerem przykładowo w Rosji czy Chinach, które – na marginesie – zdają się należeć do zagłębiów internetowego piractwa (już sam ten fakt powinien dać do myślenia zwolennikom piractwa – bo chyba nikt rozsądny nie postawi dziś Rosji ani Chin jako przykładu wzorowego życia w państwie).

Jeśli ściągamy z sieci piracko udostępnioną piosenkę czy film, to odnosimy tym samym jakąś korzyść. Zyskujemy coś, czego wcześniej nie mieliśmy, a co prawdopodobnie będzie dla nas źródłem przyjemności, doznań estetycznych etc. Skoro ktoś zainwestował konkretne pieniądze, aby to wytworzyć i następnie sprzedawać w celu odzyskania poniesionych kosztów i uzyskania zarobku, to jakim prawem my mielibyśmy to dostać za darmo? Na zasadzie jakiego prawa miałoby się to nam za darmo należeć? Powtórzę: skoro ktoś poniósł koszt i konkretne nakłady swojej pracy, to jakim prawem my ten jego produkt chcemy mieć za darmo? Na podstawie takiego toku rozumowania piractwo traktuję w kategoriach kradzieży, występku przeciw siódmemu przykazaniu. Jest to oczywiście inna forma kradzieży niż np. podprowadzenie komuś mercedesa z garażu, ale jednak. Bo uzyskujemy wtedy za darmo coś, za co powinniśmy wytwórcy zapłacić. Pamiętajmy o wysiłku i środkach, jakie ktoś ponosi, aby coś wytworzyć.

Wiadomo.. osobną sprawą jest jakość produkcji, które trafiają na rynek (bo nie ulega wątpliwości, że są wśród nich piosenki czy filmy szkodliwe, np. albumy satanistycznych zespołów). Osobną kwestią jest także skala zarobków: muzyków, aktorów, właścicieli wytwórni itp. Jakkolwiek, nie jesteśmy od tego, aby przeprowadzać w przemyśle kulturalnym jakąś „inkwizycję”! To jest sprawa sumienia artystów, jakie pieniądze zarabiają. A jeśli np. nie uważasz jakiegoś utworu za dość wartościowy, bo za niego płacić, to po prostu z niego rezygnujesz. Nie kupujesz, nie płacisz, ale też nie zyskujesz tego na boku – bo jakim prawem? Jeśli nie chcesz płacić wytwórcy, to nie wyciągaj ręki – proste.

Ważne jest też tutaj, że dobra kultury – jak muzyka czy filmy – nie są dla człowieka towarem pierwszej potrzeby. Owszem, są ważne, ale nikt chyba nie postawi ich na równi z jedzeniem, piciem, odzieniem czy dachem nad głową. Gdyby ktoś w trudnych warunkach niedoboru windował ceny żywności, aby się na tym dorobić, byłoby to oczywiście naganne. Ale nie uważam, by ta sama zasada stosowała się do wytworów kultury – one nie należą do podstawowych potrzeb, bez nich można żyć.

Po drugie: często można spotkać się z argumentem na rzecz piractwa, że przecież ściąganie nie jest zabronione przez prawo. Rzeczywiście, ściąganie jako takie nie jest zabronione przez prawo (przynajmniej w Polsce), ale zauważmy dlaczego. Przede wszystkim dlatego, że ściganie tego jako przestępstwa czy wykroczenia byłoby niemożliwe, bo zbyt szeroki jest zakres tego zjawiska w społeczeństwie. A ustawodawca – ze względów choćby wizerunkowych – nie może ustanawiać prawa, którego następnie nie jest w stanie egzekwować, bo naraziłby się w ten sposób na śmieszność. Ale nie to jest tutaj najważniejsze, moim zdaniem, z etycznego punktu widzenia.
Ważniejsze jest moim zdaniem co innego. Mianowicie to, że choć ściąganie zabronione prawem nie jest, to udostępnianie innym użytkownikom – jak wiemy – już jak najbardziej jest zabronione. A żeby ktoś mógł ściągnąć pirackie utwory czy filmy, to ktoś je musi wcześniej udostępnić, prawda? Ergo – ściąganie jest niczym innym, jak korzystaniem z przestępstwa, mianowicie że ktoś wcześniej materiał nielegalnie udostępnił. Odpada więc argument z prawa. Bo co z tego, że powiem sobie, że ściąganie nie jest zabronione, skoro jest ono wprost korzystaniem z innego czynu zabronionego?

Powyżej zarysowałem podstawowe argumenty etyczne czy też moralne, które moim zdaniem przemawiają przeciw piractwu. Dla mnie są one wystarczająco przekonujące, aby samemu nielegalnie utworów nie ściągać. Jeśli mam muzykę z sieci, to kupioną, za którą zapłaciłem odpowiedniemu internetowemu sklepowi z utworami. Powyższa argumentacja nie jest wynikiem jakiegoś jednorazowego „eureka” – dochodziłem do tego przez dłuższy czas jako człowiek, który kiedyś nie miał oporów przez pirackimi praktykami. Ale na skutek refleksji moralnej uległo to zmianie i zostało doprowadzone do obecnego punktu.

W tym tekście oczywiście nie wyczerpałem tematu. Temat praw autorskich jest bardzo rozległy i wykraczający daleko poza ściąganie pirackiej muzyki czy filmów z sieci. Jest np. kwestia oglądania zawartości na serwisach typu YouTube. O tym też będę chciał napisać, ale to już może w osobnej notce, aby na raz nie podejmować zbyt dużej liczby zagadnień.


Czytelnikom dziękuję za zapoznanie się z tym, co powyżej napisałem i zapraszam do dyskusji.


PS Prawie gotowy mam już kolejny tekst - o tym, co łączy św. Agatę i św. Łucję; widzicie więc, że rozstrzał tematyczny tekstów jest dość spory. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz