piątek, 27 grudnia 2019

Co naprawdę powiedział abp. Jędraszewski

Zauważyłem w ostatnich dniach w Internecie kolejne "oburzonko" związane ze słowami metropolity krakowskiego, abp. Marka Jędraszewskiego. Nie tylko ze strony tzw. lewej strony czy też opcji postępowych/nowoczesnych itp. Także wśród katolików można zauważyć głosy krytyczne i dopatrywanie się sprzeczności między wypowiedzią arcybiskupa a nauczaniem papieża Franciszka. Myślę, że jak zawsze w takich sprawach, pierwszą rzeczą, którą należy zrobić, jest sięgnięcie do źródła. Czyli nie do "pięciokrotnie wypłukanych" relacji nt. wypowiedzianych słów, ale do tzw. źródła pierwotnego, najlepiej takiego, które w 100% zawiera to, co rzeczywiście zostało powiedziane.

Zadałem sobie w wolny poświąteczny dzień trochę trudu i wiernie spisałem z wywiadu w wersji video to, co rzeczywiście metropolita powiedział. Jak się okazało, nawet Telewizja Republika na swojej stronie - w wersji tekstowej - dokonała naprawdę dużego skrótu wywiadu. Jak dla mnie, wątpliwy zabieg. Ale już na pewno odbiegające od pierwotnych wypowiedzi były wyrywkowe, krytyczne "podsumowania" słów biskupa, które można było napotkać w internecie.

Poniżej zestawienie wiernej transkrypcji tej części wywiadu, która odnosiła się do ekologii, z już skróconym zapisem na stronie Telewizji Republika, której to stacji redaktorzy rozmowę przed Świętami przeprowadzili:

Co rzeczywiście zostało powiedziane
Jak wywiad skróciła Telewizja Republika w tekstowej wersji na swojej stronie
Transkrypcja części wywiadu redaktorów Telewizji Republika z abp. Markiem Jędraszewskim (spisane z oryginalnej wersji video, umieszczonej pod adresem:
https://telewizjarepublika.pl/pokoj-ktory-daje-bog-niezwykly-wywiad-z-abp-jedraszewskim,89130.html)
Fragment tekstowego zapisu wywiadu, umieszczonego na stronie Telewizji Republika. Zapisu, jak się okazuje, mocno skróconego, a w pewnym momencie w ogóle uciętego, dostępnego pod tym samym adresem, co nagranie w wersji video.

Na stronie z materiałem nie ma jednak informacji, że to tylko skrót wywiadu. Jeżeli ktoś wiedzę nt. wypowiadanych treści czerpał tylko z tego skrótu, to już mógł zostać wprowadzony w błąd.
[początek części wywiadu poświęconej ekologii; publikacja na stronie Telewizji Republika 24 grudnia o godz. 21 :00]

Red. Ryszard Gromadzki:
- Księże Arcybiskupie, chciałbym zaproponować zmianę kontekstu i zapytać o kwestię, która jest bardzo aktualna, która rzutuje na debatę publiczną: czy ekologizm - trend, który jest tak mocno forsowany obecnie - nie stoi w sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego? Ja odwołam się tylko do jednego wątku, tzw. manifestu, który podpisała m.in. taka emblematyczna aktywistka ruchu ekologicznego, nastolatka ze Szwecji Greta Thunberg, ale nie tylko, natomiast i kilka innych postaci pod tym podpisanych, chociaż co do praw autorskich są wątpliwości... Chodzi o mianowicie tezę, która jest postawiona w tym manifeście, był on ogłoszony podczas niedawno zakończonego w Madrycie szczytu klimatycznego. Ta teza brzmi, że to patriarchat jest przyczyną globalnego ocieplenia, a to tylko krok do myślenia, że skoro patriarchat, no to Kościół katolicki może ponosić.. można mu przypisać odpowiedzialność za wszystkie złe skutki klimatyczne, z którymi boryka się ludzkość.

Arcybiskup Marek Jędraszewski:
- Można właściwie to skwitować jedną rzeczą: powrót do Engelsa i do jego twierdzeń, że małżeństwo to jest kolejny przejaw ucisku w jakiejś mierze klasowego, a właściwie płciowego. Jest to także walka płci i w imię równości trzeba zerwać z tą całą tradycją, która jest tradycją judeochrześcijańską, bez której my, Europejczycy, właściwie nie zrozumiemy się, bo jesteśmy w tym duchu wychowani od tysiącleci. To się oczywiście kwestionuje, przez te nowe poglądy, nowe ruchy, ale to się także właściwie próbuje narzucać jako obowiązującą doktrynę i to już jest coś, co jest bardzo niebezpieczne, bo to nie jest kwestia tylko, że jest jakaś postać nastolatki czy kogoś innego, który takie poglądy głosi, a inni mniej lub bardziej się z tym zgadzają. Nie! To jest coś narzucane, a ta aktywistka staje się już jakby wyrocznią dla wszystkich sił politycznych, społecznych, jak należy myśleć i w konsekwencji - jak należy postępować.
Czy to jest sprzeczne z doktryną Kościoła... To jest sprzeczne z tym wszystkim, co jest zapisane w Biblii, począwszy od pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju, gdzie jest wyraźnie mowa o cudzie stworzenia świata przez Boga. Bóg się tym światem zachwyca. "Jest dobre" wszystko, co stworzył. Jak stworzył człowieka, to wszystko jest "bardzo dobre". Człowiek zatem jest postawiony jako korona czy ukoronowanie całego dzieła stworzenia i tam jest też wyraźnie powiedziane "czyńcie sobie ziemię poddaną". Adam w tej opowieści biblijnej jest kimś, kto nazywa zwierzęta, a więc nad nimi panuje i w tych zwierzętach, pośród tych zwierząt nie znajduje kogoś, kto byłby partnerem dla jego życia i dlatego otrzymuje małżonkę, niewiastę. To jest wizja człowieka i świata, którą głosi chrześcijaństwo i która jest zresztą wizją głęboko zakorzenioną także w judaizmie i naraz to wszystko się kwestionuje, czyli praktycznie kwestionuje się naszą kulturę. Odwraca się cały porządek świata, począwszy od tego, że neguje się istnienie Pana Boga jako Stwórcy i kwestionuje się także rolę i godność każdego człowieka.

Red. Dorota Kania:
- Tak jak w przypadku ideologii LGBT, tak samo i w przypadku ruchu neoekologicznego okazuje się, że stoją za tym ogromne pieniądze, ogromne siły, koncerny, ale nie tylko. Czy chodzi o odwrócenie porządku świata, zdaniem Księdza Arcybiskupa?

M.J.:
Te wszystkie ruchy lewicowe, zwłaszcza od XIX wieku po dzień dzisiejszy, to jest jedna wielka inżynieria, próba przekształcenia człowieka i świata na swoją modłę. Ma się jakąś ideę i teraz tę ideę mniej lub bardziej, za pomocą przemocy, próbuje się wprowadzić w rzeczywistość. I to jest właśnie ideologia.
Realizm filozoficzny, ale także chrześcijański, polega na tym, że my próbujemy odczytać ten świat,
odczytać prawdę o człowieku, zapytać się, "skąd to pochodzi?" i my odczytujemy świat, jego tajemnice. Natomiast ideologia polega na tym, że mamy jakieś idee, mniej lub bardziej oderwane od rzeczywistości, i na siłę je chcemy wprowadzać w świat ludzi, nie patrząc na jakiekolwiek koszty, które ci ludzie będą musieli ponieść. Takim eksperymentem był niewątpliwie komunizm, który budował "świetlane jutro" i uważał, że nie ma problemu, żeby na ołtarzu "przyszłego szczęścia ludzkości" ofiarować miliony czy dziesiątki milionów ludzkich istnień.
Dzisiaj niekoniecznie trzeba gdzieś zabijać fizycznie, ale na pewno chodzi o to, żeby pozbawiać ich tego, co decyduje o człowieczeństwie człowieka, czyli otwarcie się na Boga, na drugiego człowieka, na tę prawdę, którą głosi nam Chrystus.

R.G.:
- Jak w takim razie odczytać dyskusję zainicjowaną przez ojca świętego Franciszka dotyczącą tzw. grzechu ekologicznego? Czy to nie jest przejaw, no, ulegania tej presji, presji ideologicznej, o której Ksiądz Arcybiskup przed chwilą powiedział? [Słowo niewyraźne - przyp. A.O.] się do ducha czasów?

M.J.:
Nie chciałbym w takich kategoriach tego oceniać. Niewątpliwie jest bardzo wiele zła, które wpisane jest także w kulturę Zachodu, zwłaszcza od XVII wieku, kiedy zwłaszcza od czasów Kartezjusza mamy do czynienia z taką.. takim napięciem między podmiotem - człowiekiem a przedmiotem. I właśnie wtedy uważano, że świat jest takim przedmiotem, który można bezkarnie wykorzystywać dla doraźnych celów, zwłaszcza ekonomicznych, do bogacenia się. Robiono jakiś gwałt na naturze ludzkiej, z wszystkimi kosztami, które się z tym wiążą, także zniszczeniem tego dobra, jakim jest świat, dany człowiekowi jako istocie odpowiedzialnej za to dobro, jakie otrzymał.
Dokonało się zatem wiele zła i te różne problemy ekologiczne, które dzisiaj występują, są przejawem niewątpliwie czegoś, co domagałoby się jakiegoś głębokiego nawrócenia: uszanować to Boże dzieło, które nam dał Pan Bóg, co wcale nie jest związane zaraz z tym, żeby ulegać tym ruchom ekologicznym.
Raczej traktowałbym to tak, że to, co się dzieje - ta ekologia jako ideologia - staje się być może dla wielu okazją, żeby zacząć, w duchu chrześcijańskim, prowadzić głęboką refleksję nad tym wielkim skarbem, jaki dał nam Pan Bóg w postaci świata.

R.G.:
- Ekscelencjo, czy to nie jest tak, że ten wojujący ekologizm to nie jest taka parareligia, ekwiwalentna religia początku XXI wieku?

M.J.:
Wydawałoby się jeszcze tak niedawno, że przecież ten wiek XXI to już będzie wiek bardzo szczęśliwy, skończy się ten straszny wiek XX, wiek totalitaryzmów, i będziemy żyli w cudownym świecie. I okazuje się, że... <"postępu i szczęśliwości" - wtrącenie redaktora> tak, i powszechnej miłości. I okazuje się, że wojny są jeszcze bardziej okrutne, wyzysk bogatych przez biednych [najwyraźniej przejęzyczenie arcybiskupa - przyp. A.O.] coraz bardziej dominujący, te.. te nożyce między bardzo bogatymi nielicznymi a biednymi coraz bardziej jeszcze się rozwierają, ale za tym też idzie jakaś nowa forma totalitaryzmu. Nie polegająca na tym, że się kogoś fizycznie eliminuje, ale na pewno duchowo próbuje zdegradować, nawet do tego stopnia, że przecież głosi się, że najlepszą przysługą, jaką można oddać Ziemi, to jest to, żeby wyginął ludzki gatunek, no bo wtedy nie będzie kogoś, kto by np. powodował efekt cieplarniany.

[koniec części wywiadu poświęconej ekologii]





Czy "ekologizm", trend, który jest tak mocno promowany stoi w sprzeczności z nauką Kościoła Katolickiego?


















Skwituję to krótko: powrót do Engelsa i do jego twierdzeń, że małżeństwo to kolejny przejaw ucisku, a w imię równości trzeba zerwać z całą tradycją chrześcijańską, bez której my – Europejczycy nie zrozumiemy się, bo jesteśmy w niej wychowywani od tysiącleci. To się kwestionuje przez różne nowe ruchy, a także próbuje się narzucać jako obowiązującą doktrynę. To zjawisko bardzo niebezpieczne, bo to nie jest tylko postacią nastolatki (red. Greta Thunberg), to coś co się na narzuca, a ta aktywistka staje się wyrocznią dla wszystkich sił politycznych, społecznych. To jest sprzeczne z tym wszystkim co jest zapisane w Biblii począwszy od Księgi Rodzajów, gdzie jest wyraźnie mowa o cudzie stworzenia świata przez Boga. Bóg się tym światem zachwyca, człowiek jest postawiony jako ukoronowanie całego dzieła stworzenia. W Piśmie Świętym jest wyraźnie napisane „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Adam jest kimś kto nazywa zwierzęta, a więc nad nimi panuje i nie znajduje wśród nich kogoś kto byłby partnerem dla jego życia, dlatego otrzymuje małżonkę. To jest wizja człowieka i świata, którą głosi chrześcijaństwo i która jest także wizją głęboko zakorzenioną w judaizmie. Naraz wszystko się kwestionuje czyli faktycznie kwestionuje się naszą kulturę, odwraca się cały porządek świata zaczynając od tego, że kwestionuje się istnienie Pana Boga - stwórcy, kwestionuje się także rolę i godność każdego człowieka.

Znajomy, w moim odbiorze osoba wierząca, zapewne praktykująca, a także - co widać choćby na Facebooku - interesująca się sprawami wiary i Kościoła, zamieścił na FB takowy mem:


Tymczasem w wywiadzie arcybiskup, wprost zapytany o nauczanie Franciszka, w żaden sposób jego nauczania nie neguje. Krytykowanie swoiście pojętego "ekologizmu" jako ideologii nie stoi w żaden sposób w sprzeczności z nauczaniem Kościoła w zakresie ekologii!

Z przekazów w mediach społecznościowych odnoszących się do wypowiedzi abp. Jędraszewskiego, miałem styczność jeszcze tylko z jedną, autorstwa obecnego szefa ugrupowania Nowoczesna, Adama Szłapki z Poznania. Ten z kolei tak skwitował wypowiedź arcybiskupa:


Raz, że nieelegancko właściwie zaatakował metropolitę, rzucając cień w związku z osobą abp. Paetza zupełnie bez związku z omawianą sprawą, to jeszcze rażąco wyrwał cytowaną wypowiedź z kontekstu.

Jeżeli chodzi o ten drugi przykład, ze strony Szłapki, to moim zdaniem świadczy on o tym, że abp Jędraszewski w sposób szczególny znalazł się na cenzurowanym pośród różnego rodzaju środowisk lewicowych czy też lewicujących, czy też "tylko" niechętnych Kościołowi. Chyba głównie po słowach o "tęczowej zarazie".

Szkoda tylko, że w chęci odwetu i uderzenia w arcybiskupa stosuje się metody nieuczciwe. I bardzo, naprawdę jestem ciekaw, kto z krytykujących zadał sobie trud, żeby sięgnąć do pierwotnych wypowiedzi arcybiskupa w całości, jeszcze przed odniesieniem się do nich. Być może nikt, bo wtedy byłoby widać jak na dłoni, że nie ma tam nic ani szokującego, ani nawet "szokującego". I nie byłoby upragnionego oręża.

Tyle tylko, że żaden to oręż, gdy się kogoś cytuje nie z rzeczywistych wypowiedzi, ale mniej lub bardziej z kapelusza. Cień wtedy summa summarum pada na tych, którzy atakują. A nieuczciwe zabiegi trzeba piętnować i wykazywać.

sobota, 22 czerwca 2019

Sobie a muzom, czyli przemyślenia sympatyka Prawicy Rzeczypospolitej

Od kilku tygodni śledzę, a czasem także rozmyślam o tym, co dzieje się w łonie Prawicy Rzeczypospolitej. Partii, której - właściwie od początku jej istnienia - jestem sympatykiem. Zależy mi jako człowiekowi wierzącemu, a zarazem obywatelowi oraz wyborcy, by tzw. opinia chrześcijańska była jak najsilniej reprezentowana także na scenie politycznej - czy to krajowej, czy na poziomie ponadnarodowym. Musi więc niepokoić to, co ostatnio zadziało się w ugrupowaniu, które to - tak myślę - pretenduje do miana reprezentacji chrześcijańskiej opinii w świecie polityki.

Wpis ten kierowany jest do osób zorientowanych w ostatnich wydarzeniach, nie będę więcej tutaj streszczał, co się stało. Będę tylko odnosił się do, już znanych z mediów (w tym społecznościowych) wydarzeń.

Właściwie, to chciałbym postawić kilka pytań do tego, co się wydarzyło.

Po pierwsze, zastanawiam się, czy nie można było - w kontekście ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego - dopuścić w Prawicy do realnego pluralizmu. Aczkolwiek, przepraszam.. Ten pluralizm był i to w wymiarze jak najbardziej realnym. Do tego stopnia, że politycy jednej i tej samej partii wspierali dwa różne komitety wyborcze i w ramach tych dwóch różnych komitetów startowali do PE.

Ów pluralizm zdefiniowano jednak jako poważny problem. Na pewno jako poważny, bo sytuacja doprowadziła do zawieszenia samego prezesa partii, jak i wyrzucenia z szeregów co najmniej jednego z członków ugrupowania.

Ergo - trzymanie w wyborach jednej linii potraktowano jako ważniejsze niż nawet jedność ugrupowania (paradoks? w jakimś sensie chyba tak.. sytuacja wygląda bowiem tak, że w trosce o reprezentowanie przez partię jednej linii, zdecydowano się na konflikt; sytuacja godna przemyślenia). Jedność, która powinna być raczej bardzo strzeżona w przypadku formacji, która przez wielu uznawana jest za partię tzw. kanapową. Wydaje się, że chęć rozliczeń oraz przeforsowania jednej linii była tu ważniejsza niż ochrona jedności jako pewnej wspólnoty.

Pytanie pierwsze brzmi więc: czy nie można było zinterpretować tego pluralizmu - który w toku kampanii stał się faktem dokonanym - jako czegoś dopuszczalnego, a także zrezygnować z poszukiwania oraz rozliczania "winnych" tego pluralizmu?

Naprawdę.. mam wrażenie, że jedność - już i tak niewielkiej - partii jest dobrem na tyle cennym, że wątpliwym jest działanie, które: 1. skazuje niektórych członków na banicję; 2. rodzi zamieszanie; 3. może zrazić niejednego sympatyka; 4. rodzi negatywne skojarzenia z wieloma wcześniejszymi podziałami na prawicy.

Zastanawiałbym się więc, czy nie doszło tutaj do pewnego wręcz antyświadectwa.

Pewnym jest, że w Prawicy przed wyborami do PE doszło do pewnego zamieszania i może nie najlepiej świadczy to o partii od strony organizacyjnej, ale - czy z związku z tym trzeba było po wyborach iść aż tak daleko?

Nie jest przecież tak, że Prawica była o krok od jakiegoś wyborczego sukcesu i że z całą pewnością stwierdzono, że tylko i wyłącznie wolty czy domniemane wolty prezesa sprawiły, że w ostatniej chwili ów sukces uciekł partii z rąk.

Rozpatrujemy tu przecież sytuację ugrupowania, które - niestety - raczej z definicji jest w kolejnych wyborach pod kreską, więc trudno nawet udowodnić, że jedna czy druga decyzja realnie i negatywnie, w sposób niewątpliwy, zaważyła na wyborczym wyniku.

Sprawa druga.. Powiedzmy, że prezes Kawęcki "trochę" się w przedwyborczej sytuacji zagubił i nie pokazał się z najlepszej strony jako zarządzający ugrupowaniem - te zmiany decyzji co do wyborczej koalicji itp.
Tutaj pojawiają się dwa wątki. Pierwszy to taki, że ktoś - całkiem niedawno temu - tego prezesa Kawęckiego wybrał. W tamtym czasie przyglądałem się tej zmianie i - powiem szczerze - dziwiłem się. Dziwiłem się, że Marek Jurek, założyciel i lider omawianego ugrupowania, będąc nadal czynnym politykiem, zrezygnował z prezesury czy też z kandydowania po raz kolejny na to stanowisko.

PiS-u ani Jarosława Kaczyńskiego wielką sympatią nie darzę, ale tutaj zarysowałbym pewną analogię i wskazałbym, że właśnie Kaczyński zachowuje stanowisko spójne i klarowne - od lat dzierżąc prezesurę partii, której jest niekwestionowanym liderem. Uważam, że tylko takie rozwiązanie ma sens. Że dopóki lider jest czynny politycznie i nie jest jeszcze, jako działacz, emerytem, zachowuje sprawność działania itp., to także w sensie formalnym powinien być liderem i brać odpowiedzialność.

Dziwiłem się więc miesiące temu owemu oddaniu prezesury przez Marka Jurka. I nieskromnie śmiem twierdzić, że moje odczucia się chyba potwierdzają. Samo środowisko Prawicy bowiem stwierdziło, co pokazują decyzje ostatnich tygodni, że ustanowienie K. Kawęckiego prezesem było, powiedzmy, krokiem niekoniecznie słusznym.

Więc - jasne (klarowne), jednolite przywództwo. Tak realnie, jak i formalnie.

Watek drugi, skoro już pan Kawęcki owym prezesem został. Czy naprawdę po tych ostatnich wyborczych zamieszaniach nie dało się go potraktować inaczej, niż to zrobiono? Członkiem partii nie jestem, więc i na statutach się nie znam, natomiast chyba obiło mi się ostatnio o uszy gdzieś na Twitterze, że jakieś pisane zasady działania partii nie pozwalały na zdjęcie prezesa z urzędu podczas kadencji. Dlatego więc - zawieszenie.

Dokonało się to w dziwnym stylu. Jeżeli np. do zmian we władzach partii potrzeba zwołania (nazdwyczajnego) zjazdu sprawozdawczo-wyborczego czy czegoś podobnego, to należało uzbroić się w cierpliwość i w taki właśnie sposób zadziałać. Czyli - z poszanowaniem wszystkich procedur. Chodziło wszakże o ocenę politycznych decyzji samego prezesa partii, a nie np. o sytuację, gdzie - wymyślam przykładową sytuację fikcyjną - jakiś szeregowy członek partii okazał się być zbyt krewkim i zwymyślał policjantów podczas interwencji drogowej.

Więc procedowanie w takim kształcie, w jakim się dokonało, wydaje mi się tutaj nieadekwatne. Skoro prezes został wybrany w zgodzie z regułami partii, to także mając do niego zastrzeżenia, poważne zastrzeżenia, należało postępować zgodnie z godnością nadanej mu funkcji i działać poprzez zjazd partii. Coś w rodzaju wotum nieufności i głosowania nad tym wotum nieufności. Sprawę należało jak najszerzej przedyskutować, choćby i na takim zjeździe, a następnie powierzyć sprawę głosom delegatów. To by wyglądało poważniej. A i Krzysztof Kawęcki nie mógłby wtedy mieć pretensji, będąc poddanym takiej procedurze i osądowi możliwie największej grupy członków swojej partii.

A tak, to jest poczucie krzywdy, związana z nim rezygnacja i finalnie nic innego, jak kolejny rozłam na prawicy. Ile to już ich było...

Reasumując, w zaistniałej sytuacji, jako sympatyk Prawicy RP oraz (z grubsza) obserwator sytuacji, stawiam pytania:

1. czy nie można było wspaniałomyślnie dopuścić w partii pluralizmu i pozwolić, bo różni jej członkowie startowali w wyborach w ramach różnych komitetów; trochę to może i dziwne, ale - kto wolnemu podmiotowi, jakim jest partia polityczna - zabroni? I tak lepszy byłby chyba taki pluralizm niż potem sianie wręcz zgorszenia przez czystki czy podziały;

2. a skoro już przyjęto założenia, że ma być jedna linia i jedna koalicja; skoro stwierdzono, że prezes Kawęcki dopuścił czy spowodował niemałe zamieszanie, to:

a) po pierwsze radziłbym rozliczyć także tych, którzy owego prezesa Kawęckiego - znając go od lat - owym prezesem uczynili :)

b) a po drugie - skoro już miano tego wybranego prezesa rozliczać - to radziłbym zrobić to w sposób bardziej uporządkowany, okazać cierpliwość i zorganizować na tę okoliczność zjazd partii; czyli działać w sposób możliwie spokojny i przemyślany, a niekoniecznie raptowny.

(Byłemu) prezesowi Kawęckiemu zarzuca się, że przed wyborami zmieniał decyzje i doprowadził - w oczach opinii publicznej - do zamieszania. Myślę, po pierwsze, że do tego zamieszania przyczyniła się cała grupa osób - z obydwu stron tego wewnątrzpartyjnego konfliktu.

A po drugie - zamieszania w partii narobiono już wcześniej, prawdopodobnie zbyt pochopnie dokonując zmiany na najwyższym stanowisku w partii.

Rysuje się wniosek, że różnym działaczom partii - na różnych etapach - zabrakło konsekwencji i realizacji jakiejś wspólnej, przemyślanej linii. Co doprowadziło do szeregu decyzji stawiających środowisko Prawicy Rzeczypospolitej w nie najlepszym świetle. I trudno już właściwie powiedzieć, na którym etapie i które decyzje okazały się gorszymi.

Główne odczucie mówi: za dużo zamieszania.

Skoro tak, to może za mało było w tym wszystkim uprzedniego przemyślenia, za mało wewnątrzpartyjnych rozmów, za mało koordynacji.

A tutaj znów dochodzimy do wniosku, że silne przywództwo, dbające o taką koordynację, jest naprawdę ważne. Nie mówię tu o dyktaturze czy rządach w partii autorytarnych. Mówię o sytuacji, gdy w partii jak najbardziej - w toku podejmowania decyzji - obecny jest dialog i dyskusja. Ale w pewnym momencie do opinii publicznej trzeba wyjść z jakąś ofertą - i wtedy chyba rzeczywiście lepiej, jeżeli ta oferta jest spójna. Jest to niewątpliwie lepsze pod kątem wizerunkowym. A nikt chyba nie ma wątpliwości, że w warunkach demokracji ów wizerunek jest czymś niezmiernie ważnym.

Silne jest więc wrażenie, że Prawicy - przed ostatnimi wyborami - zabrakło koordynacji, spójności działań. Można by w pierwszym porywie powiedzieć: "zabrakło przywództwa z prawdziwego zdarzenia". Ale to nie jest takie proste. Bo jakieś przywództwo było, ale zdaje się, że część członków partii - gdy przyszło do konkretnych działań - miała to przywództwo "w poważaniu". I robiła swoje. Stanowiło to jak gdyby otwarte, faktyczne wotum nieufności.

Ktoś pożałował, że Krzysztofowi Kawęckiemu powierzono funkcję prezesa? To na pewno...

Przypomina mi się teraz sytuacja, gdy kilka miesięcy temu dociekałem w kontakcie z Markiem Jurkiem, jak to się stało, że oddał przywództwo w partii i że prezesem został K. Kawęcki. Patrząc na ostatni ciąg wydarzeń, pytania były zasadne. Nie obwiniając w tym momencie K. Kawęckiego. W łonie Prawicy popełniono bowiem dłuższy szereg błędów i daleki jestem od winienia jakiekolwiek, jednej osoby.

Pytanie - co dalej. Czy i jakie wnioski Prawica wyciąga/wyciągnęła. Czy ten projekt polityczny będzie kontynuowany. Jaką rolę w dalszym procesie widzi dla siebie lider Marek Jurek.

Dużo pytań, mało chyba jeszcze na razie odpowiedzi.

Zresztą, gdzieś te odpowiedzi się już pewnie klarują. Pytanie, kiedy i w jakim kształcie zostaną podane do publicznej wiadomości.

Jako sympatyk i obserwator - czekam na rozwój sytuacji.

Jeżeli natomiast o coś chciałbym prosić ludzi środowiska, z którym sympatyzuję, to proszę, aby tym razem było więcej: przemyślenia, uprzedniej dyskusji, pewnego namaszczenia w działaniach, spójności, koordynacji itd. itp.

Nie wiem, czy w partii jest w tej chwili dyskusja, a jeżeli jest, to na jakim jest etapie. Jedno jest pewne: powinna się odbyć, a dalsze kroczenie z tym projektem ma sens tylko o tyle, o ile uda się dojść do rzeczywistego consensusu. A jeżeli do jesieni miałoby nie dojść do wyklarowania jasnego stanowiska, tylko dyskusja i różnice zdań trwać będą nadal, bez jasnych owoców, to pewnie lepiej sobie odpuścić.

Ważne jest bowiem, na ile środowisko jest zdolne do wspólnych i spójnych działań. W sumie najbliższy czas powinien chyba służyć m.in. ocenie, czy jest zdolne...

piątek, 1 stycznia 2016

Miłosierdzie to nie relatywizm

W Roku Miłosierdzia warto może także przypomnieć, czym miłosierdzie NIE jest i jak ludzie potrafią pojmować je w tendencyjny, fałszywy sposób.

Na początek, rozróżnijmy dwie rzeczywistości. Pierwsza z nich to ogólnie pojęty kodeks moralny, który dla chrześcijanina zasadza się na przykazaniach Bożych. Nie chodzi tu przy tym o wąsko, starotestamentalnie pojęty dekalog, ale o cały chrześcijański system etyczny, którego głównym źródłem jest Ewangelia (m.in. właściwie "ustawiająca" rozumienie dekalogu), a naczelnym stróżem na ziemi - katolicki Kościół prowadzony przez trzecią Osobę Boską, czyli Ducha Świętego. Ten system etyczny ma charakter obiektywny i uniwersalny. Nie jest jednym z wielu, który można sobie przyjąć albo bez konsekwencji odrzucić. Uniwersalność polega tu na tym, że Bóg, jako Stwórca, Ojciec wszystkiego, a w tym wszystkich ludzi, ma prawo oczekiwać, że ci ludzie - na miarę swojej świadomości, swojego poznania - będą tych świętych zasad przestrzegać.

Drugą sprawą jest ludzki stosunek do tego etycznego systemu. Tzn. konkretne postawy, czyny, które podlegają ocenie w świetle moralności. Człowiek może albo się do zasad, przykazań stosować, albo też - z różnych powodów - je odrzucać, postępować wbrew nim. Jednocześnie w człowieku, chyba każdym, mamy do czynienia z władzą sumienia, która stanowi wewnętrzne odniesienie do tego, co dobre i złe. Stanowi jakby wewnętrzną busolę, która przynajmniej powinna powstrzymywać człowieka przed czynieniem zła, a zachęcać do dobra.

Odkąd jednak istnieje rodzaj ludzki, a raczej - po zaistnieniu w ludzkości tzw. grzechu pierworodnego (który skaził człowieczeństwo, stanowi jakby ochlapanie błotem pierwotnie szlachetnej ludzkiej natury, pochodzącej przecież od samego Boga) - człowiek ma dużą skłonność do oszukiwania siebie i innych, do dyskutowania z własnym sumieniem czy nawet do jego represjonowania, wypierania itp.

Dzieje się tak, ponieważ człowiek ma duży problem z uznaniem swojego grzechu. Różne są na pewno przyczyny tego problemu, a jednym z nich - być może głównym - jest deficyt zaufania do Boga, lęk przed Bogiem wynikający ze skrzywionego Jego obrazu w nas. Oczywiście, nie każdego ten problem dotyczy w równym stopniu. Jakkolwiek - ludzkość w szerokim zakresie zna zjawisko ucieczki przed uznaniem, że popełniło się realne zło, coś realnie nagannego.

Wielu radzi sobie w ten sposób, że próbuje podważać tę pierwszą rzeczywistość, czyli obiektywny i zobowiązujący system moralny. Kiedy stoją przed wyborem, czy podważyć zasady, czy uznać swoją winę - wybierają to pierwsze. To ratuje ich wizerunek we własnych oczach oraz pozwala wymówić się od zmiany w życiu, która nieraz wymaga wysiłku. I, o co mi właściwie tutaj chodzi, często próbuje się to robić pod płaszczykiem miłosierdzia. Pod pozorem miłosierdzia próbuje się np. ostatnimi czasy forsować możliwość udzielania Pana Jezusa w Hostii rozwodnikom żyjącym w nowych (bynajmniej nie "białych") związkach.

Wg pochodzącej od Boga moralności ludzie Ci żyją w grzechu ciężkim, sami się - przez swój wybór - odwrócili do Boga plecami. Ale chcą jednocześnie korzystać z dobrodziejstw sprawowanych w Kościele, czyli w tym przypadku - mieć swój pełny udział w Stole Pańskim, Najświętszej Ofierze Eucharystii.

Tymczasem miłosierdzie tutaj nie polega na głaskaniu dorosłych, świadomych ludzi po główkach i mówieniu, że "wszystko jest OK, Bóg jest miłosierny, macie prawo być szczęśliwi" itp. Prawdziwie pojęte miłosierdzie polega tutaj na tym, że ci ludzie mają w Kościele nieustannie otwartą ścieżkę przebaczenia i pokuty, powrotu do pełnej jedności z Bogiem i Jego mistycznym Ciałem, czyli Kościołem. Miłosierdzie polega tutaj na nieustannej gotowości Boga i ludzi do przebaczenia. Ale z pewnością nie na tym, że nawrócenia brak, a chciałoby się sobie powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Nie, nie jest.

Jest w świecie skłonność do fałszowania pojęcia miłosierdzia. Próbuje się zastępować w ludzkiej świadomości moralną prawdę relatywistycznym fałszem, które to zjawisko ma niewątpliwie diabelskie pochodzenie.

Moim zdaniem nie można, idąc za światem, rozwadniać kościelnego nauczania i wymagań z nim związanych. I wiele wskazuje na to, że Kościół w swoim Magisterium, czyli mocy decyzyjnej, wcale nie ma zamiaru tego robić, co choćby udowodniły ostatnie dwa Synody (nadzwyczajny i zwyczajny) nt. rodziny, na których prym wiodła - mimo krzykliwych doniesień medialnych - ortodoksja. Ostatecznym rozstrzygnięciem będzie tutaj adhortacja papieska, na którą czekamy i która ukaże się pewnie w ciągu kilku najbliższych miesięcy.

Pozostaje natomiast wciąż aktualne wyzwanie duszpasterskie, polegające na tym, że wierni pełnymi garściami czerpią ze światowej mentalności poprzez tzw. kulturę masową - filmy, seriale, książki itd. itp. Utwory kultury promują przyzwolenie na takie choćby postawy, jak związki niesakramentalne, antykoncepcja czy in vitro. Sumienia wiernych ulegają zmiękczeniu. Kropla drąży skałę, więc czerpanie z kultury masowej niepostrzeżenie dokonuje zmian w mentalności.

Miłosierdzie w żadnym razie nie oznacza jednak przymykania oczu na tego rodzaju postawy. Czynne miłosierdzie polega tu raczej na modlitwie o nawrócenie tych ludzi, a gdy chwila jest sposobna - także wprost na upomnieniu, próbie uświadomienia. Aczkolwiek wiadomo, że nie jest to łatwe, bo współczesne pokolenie jakże alergicznie reaguje na próbę budzenia sumienia.

Papież Franciszek dużo w ostatnim czasie mówi o miłosierdziu w związku z wybaczaniem. I to jest istota rzeczy! Skrucha oraz wybaczenie. A nie udawanie, że wszystko jest w porządku, związane z zagłuszaniem czy lekceważeniem sumienia. To ostatnie, powiedzmy sobie wprost, poważnie grozi piekłem.

Na ten nowy rok życzę wszystkim dużo przytomności i jasności umysłu, trzeźwego myślenia, które nie da się zwieść sączącej się zewsząd propagandzie relatywizmu. A jednocześnie - postawy miłosiernej, czyli gotowości do przebaczenia każdemu, kto nam w jakiś sposób zawinił. Ale zawsze - w prawdzie. Obyśmy o tym pamiętali, bo przecież - jak sam Jezus powiedział - to prawda wyzwala. Tego życia w prawdzie życzę więc każdemu z Was i sobie z okazji rozpoczynającego się kolejnego już Pańskiego roku. Amen!

PS Myślę, że świetnym dopełnieniem tej notki jest świeży komentarz ze strony info.wiara.pl, jaki przed chwilą zauważyłem. Polecam całość, a jako "smaczek" zwracam uwagę na słowa o "pseudoegzegezie, patroszącej z treści [Ewangelii] wszystko, co trudne". ;)

niedziela, 27 grudnia 2015

Niedziela Świętej Rodziny. Refleksja nt. listu biskupów.

W świątyniach całego kraju czytany jest dzisiaj, w niedzielę Świętej Rodziny, list episkopatu poświęcony - a jakże - sprawom właśnie rodziny. Mowa jest w nim także o trudnych zjawiskach dotyczących tej najmniejszej komórki społecznej czy szerzej - relacji między kobietami a mężczyznami. Pojawia się temat rozwodów, a także zbrodni aborcji. Gdy czytałem jednak ten list z ambony, dzięki czemu sam mogłem się z nim dość dokładnie zapoznać, zabrakło mi w nim jeszcze dwóch tematów, a mianowicie - in vitro i antykoncepcji.

Jak wiadomo z badań społecznych, a także z ogólnej, potocznej wiedzy, bycie osobą wierzącą niekoniecznie wiąże się od razu z chrześcijańską, katolicką ortodoksją. Wiele osób podających się za wierzące nie podąża wcale wiernie za wolą samego Boga oraz Magisterium Kościoła, ale samodzielnie (na pewno przy znaczącym udziale złego ducha - kusiciela) dobiera sobie, wg czego chce żyć, a wg czego nie. Głównym kryterium tego wyboru w większości przypadków jest prawdopodobnie wygoda - chęć wiedzenia życia możliwie "lekkiego, łatwego i przyjemnego".

Wśród osób dokonujących takich autonomicznych, subiektywnych wyborów nie brakuje katolickich małżonków - mających ważnie zawarty, sakramentalny związek - którzy przy pewnej mieszance nieświadomości i wygodnictwa sięgają po takie środki, jak właśnie in vitro czy antykoncepcja. Myślę, że szczególnie ta ostatnia jest rozpowszechniona, a to przez przesycenie wierzących mentalnością światową, od dziesięcioleci sączącą się z mediów masowych.

Dlatego osobiście żałuję, że biskupi w swoim liście - prócz np. przypomnienia, że osoby rozwiedzione żyjące w nowych związkach (z wyjątkiem tzw. białych małżeństw) nie mają prawa przystępować do Komunii świętej - nie potępili także praktyk sztucznego zapłodnienia czy antykoncepcji. Podkreślam, że chodzi tu o potępienie złych postaw, czynów, a nie ludzi - to dwie różne płaszczyzny.

Zdaje się bowiem, że tylu już wierzących - w tym małżonków - uległo pewnemu światowemu "rozwodnieniu" zdrowej, katolickiej nauki, że na miejscu byłoby przynajmniej raz w roku przypomnieć, co jest antropologiczną i moralną prawdą. Oczywiście, w ciągu roku różni hierarchowie częściej mówią o tych sprawach, ale jeśli ktoś jest religijnie w pewnej mierze oziębły, obojętny, jeśli żyje "po swojemu", to raczej (prawie na pewno) nie śledzi na co dzień wypowiedzi pasterzy. Dlatego dobrą okazją jest mocne przemówienie przy okazji dorocznego listu, który będzie usłyszany przez niemałą liczbę wiernych (o ile oczywiście odpowiedzialne osoby przyłożą się na tyle, aby te treści dobrze wybrzmiały; można bowiem odczytywać treści w sposób utrudniający ich odbiór, ale to już odrębna sprawa).

Taka jest więc moja refleksja "szaraczka" odnośnie czytanego dzisiaj listu polskich biskupów. Nie wydaje mi się, by tekst na moim niepoczytnym blogu miał jakiś oddźwięk, ale przynajmniej wyłożę, co mi "leży na wątrobie". :)

A korzystając z okazji, że trwamy w okresie liturgicznym Bożego Narodzenia, życzę tej jednej czy drugiej osobie, która te słowa przeczyta - jak największej otwartości na Boże działanie, aby dać się przeniknąć Bożej łasce, wypływającej zawsze z miłości, a następnie - będąc przemienionym przez samego Boga - zawierać nowe, głębokie i pełne miłości relacje z bliźnimi, w tym z najbliższymi, bo w końcu rzeczywistość rodziny mamy w tę niedzielę przede wszystkim na uwadze. :)

Z Bogiem!

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Krótka refleksja o ślepocie i okrucieństwie..

Można by pomyśleć, że taki tytuł wpisu na kilka dni przed Świętami Bożego Narodzenia to błąd, to jakieś zaprzeczenie dominującego klimatu. Ale w tym momencie przychodzi też myśl, że z narodzeniem Jezusa wiązała się także - pośrednio, za sprawą obecnego na świecie zła - rzeź betlejemskich niewiniątek. A to już związane jest z właściwym tematem tego wpisu, o czym poniżej.

Zobaczyłem dziś w Internecie taką informację: http://info.wiara.pl/doc/2889191.ISIS-morduje-dzieci-niepelnosprawne. O tym, że w opanowanym przez okrutnych fanatyków Mosulu postanowiono zabijać niepełnosprawne dzieci. Już po ich narodzeniu, bo pewnie w Państwie Islamskim nie ma nowoczesnej medycyny, a więc nie ma też badań prenatalnych, które pozwalałaby stwierdzić niepełnosprawność jeszcze w brzuchu matki. Postanowiłem ten tekst udostępnić na Twitterze i skomentować następująco: "Jeśli ktoś myślał, że okrutne czasy Sparty już dawno za nami...". Odniosłem więc to, co dzieje się w opanowanym przez islamistów Iraku, do zwyczajów panujących w starożytnej Sparcie.

Sam jednak bardzo zawęziłem temat. Przypomniałem sobie bowiem po chwili, że zabijanie dzieci ze względu na ich niepełnosprawność nie jest tylko kwestią ani starożytnej Sparty, ani współczesnego Państwa Islamskiego. Przecież to się dzieje na co dzień w tzw. cywilizowanym świecie. Co roku w łonach matek zabija się setki milionów dzieci - od komunistycznych Chin po kapitalistyczne i niby wolne Stany Zjednoczone. Od tego strasznego zjawiska nie jest także wolny nasz kraj - co roku w majestacie tzw. prawa zabija się w Polsce kilka setek istot ludzkich.

Zwróćmy przy tym uwagę, że rządzący PiS - mimo swojej rzekomej chrześcijańskości, nie ma zamiaru na razie tego zmieniać, o czym można przeczytać tutaj: http://300polityka.pl/live/2015/12/21/pbsz-dla-radia-plus-rzad-nie-planuje-na-razie-dyskusji-swiatopogladowych-mamy-w-polsce-pewien-kompromis/. Zadziwiające przy tym jest, że partii rządzącej nie brakuje determinacji, aby na siłę forsować zmiany dot. np. Trybunału Konstytucyjnego, które mają pozwolić tej ekipie na przejęcie całkowitej władzy w kraju, ale już w sprawie obrony życia nienarodzonych - wolą się wstrzymać, "bo to i tamto". Więc - to już na marginesie - niech mi nikt nie mówi, że PiS to partia chrześcijańska. Dziwię się swoją drogą, że hierarchowie Kościoła milczą, ale - to już jest ich sprawa. Co mogą zrobić wierzący tzw. maluczcy, to na pewno się modlić. Modlić się za Polskę, choćby modlitwą ułożoną przez Sługę Bożego ks. Piotra Skargę, kaznodzieję sprzed wieków, któremu dobro Ojczyzny z pewnością było bardzo drogie.

Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której tzw. cywilizowany świat gorszy się poczynaniami islamistów, ale tak naprawdę trudno nazwać go lepszym. Miliony dzieci zabijane ze względów eugenicznych albo nawet ze względu na taką zachciankę "zaskoczonych" rodziców. Podobno kiedyś śp. o. Joachim Badeni OP powiedział, że "wszyscy bekniemy za aborcję". Bo to się dokonuje, jak świat długi i szeroki.. Czy jesteśmy wrażliwi na to zło? I czy jesteśmy świadomi, że przedstawiciele tzw. cywilizowanego świata pierwsi powinni uderzyć się w piersi w sprawie tej ogromnej zbrodni?

Statystyk tutaj nie będę powtarzał. Jeśli ktoś potrzebuje więcej konkretów, to można je znaleźć w prosty sposób albo przez Google'a, albo np. w mojej poprzedniej notce na ten temat.

I nie wiem, czy jest w ogóle możliwe zanurzenie się w świątecznej "sielance" bez pamięci o bezmiarze zła, jaki dokonuje się na świecie. My, chrześcijanie, mamy o tyle dobrze, że nasza perspektywa nie kończy się na tym złu, ale że mamy nadzieję. Wiarę w Syna Bożego, który zstąpił, aby "zgładzić grzech świata", który wziął na swoje barki całe zło tego świata.

Ale to nie znaczy, że demon ustąpił z chwilą przyjścia Pana na świat albo z chwilą Jego Paschy. To jest zmaganie, które będzie trwało aż do Paruzji. Spocząć nie wolno. Na miarę możliwości, głównie przez modlitwę, trzeba mierzyć się ze złem, walczyć o dobro i sprawiedliwość. Aby triumfowały miłość, miłosierdzie, współczucie, a nie nienawiść i wykluczenie. Tego nieustannego zaangażowania, w atmosferze Bożego pokoju - który tylko On może dać - nam wszystkim życzę. Abyśmy prawdziwie byli dziećmi Bożymi, wrażliwymi na wszystko, co się temu dziecięctwu sprzeciwia. Amen.


sobota, 15 sierpnia 2015

Dlaczego oskarżam prezydenta w sprawie in vitro

Oto dlaczego odrzucam deklaracje nowego prezydenta nt. in vitro. On bowiem już na starcie zgłasza gotowość, aby in vitro jako metoda było dopuszczone "pod pewnymi warunkami". Zasłania się tutaj - nie wiem, może z ignorancji - stanowiskiem Episkopatu Polski. Tymczasem in vitro jest metodą moralnie niegodziwą w każdych warunkach i jest jednoznacznie sprzeczne z nauczaniem Kościoła, na co wskazuje choćby poniższy cytat z instrukcji "Donum Vitae", wydanej swego czasu przez Kongregację Nauki Wiary.

"Jednakże, zgodnie z tradycyjną nauką dotyczącą dóbr małżeństwa i godności osoby, Kościół jest przeciwny, z moralnego punktu widzenia, sztucznemu zapłodnieniu homologicznemu w probówce. Jest ono bowiem samo w sobie niegodziwe i sprzeczne z godnością rodzicielstwa oraz jednością małżeńską, nawet wówczas, gdyby zrobiło się wszystko dla uniknięcia śmierci embrionu ludzkiego."

(źródło: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WR/kongregacje/kdwiary/zbior/t_2_19.html)

Argument o tym, że katolicki polityk może się zgodzić na rozwiązania kompromisowe? Owszem, w komunikatach KEP-u jest o czymś takim mowa - ale jest to dopuszczalne tylko wtedy, gdy niemożliwe jest uzyskanie pełnej ochrony prawnej zasad moralnych. Tymczasem tutaj prezydent z góry zakłada kompromis, co moim zdaniem jest jego zbłądzeniem. Tym bardziej, że jesienny wynik wyborów może pozwolić na to, aby przeforsować rozwiązania zgodne z pełną ochroną życia i procesu jego przekazywania.

Dlatego obecną postawę prezydenta, jego deklaracje, uważam za przedwczesne wycofywanie się w imię nie wiadomo czego - może przypodobania się jak największej liczbie obywateli? Jeśli taki jest priorytet prezydenta, to moim zdaniem powinien on uczynić rachunek sumienia ze swojej katolickości, ze swojego posłuszeństwa Magisterium Kościoła. Jeśli z góry zrezygnuje z walki w imię niejasnych przyczyn, to należałoby się zastanowić nad Komunią nie tylko dla B. Komorowskiego, ale także dla jego następcy. Wielu pewnie ta teza wyda się wielce kontrowersyjna, ale ja tylko interpretuję nauczanie Kościoła, które jest bardzo jasno wyrażone w stosownych dokumentach.

Od prezydenta deklarującego się jako katolik, chętnie uczestniczącego w religijnych wydarzeniach, oczekuję odwagi i gotowości do przeciwstawienia się politycznej poprawności oraz politycznej kalkulacji, która w wielu przypadkach prowadzona jest kosztem wartości.

Mam nadzieję, że prezydent Andrzej Duda nie zawiedzie moich (i pewnie nie tylko moich) oczekiwań jako człowieka wierzącego. Aczkolwiek śmiem twierdzić, że na razie sytuacja nie wygląda najlepiej - że stanowisko prezydenta wymaga modyfikacji, aby naprawdę było zgodne z nauczaniem Kościoła: choćby z instrukcją "Donum Vitae" oraz z komunikatami KEP, na które sam prezydent chętnie się powołuje.

piątek, 12 grudnia 2014

O walkę ze współczesnym niewolnictwem

8 lutego obchodzić będziemy liturgiczne wspomnienie św. Józefiny Bakhity: Sudanki, najpierw niewolnicy, a potem - zakonnicy. Do tego dnia jeszcze prawie dwa miesiące, dlaczego więc piszę o tym już teraz? Bo jednocześnie będzie to - w całym Kościele katolickim - pierwszy Dzień Modlitwy przeciw Handlowi Ludźmi (a dokładniej, po angielsku: International Day of Prayer and Awareness against Human Trafficking, co trudno w całości przełożyć na polski).

Nie trzeba chyba pisać, że niewolnictwo - które wciąż jest na świecie obecne - jest strasznym zjawiskiem! Szacuje się, że współcześnie ofiarami niewolnictwa jest 30-40 mln ludzi. Zjawisko to utrzymuje się, ponieważ są na świecie ludzie, dla których zniewalanie ludzi jest dochodowym biznesem. Proceder ten jest najbardziej dochodową zbrodnią, po handlu narkotykami i bronią. Ale co innego nawet broń i narkotyki, a co innego - ludzie, których już nie traktuje się jak ludzi, ale jak przedmioty, jako towar. Zawsze ma to związek z jakąś przemocą, z pozbawieniem godności, czego najgorszym przejawem jest chyba niewolnictwo seksualne, którego ofiarami pada mnóstwo ludzi, głównie kobiet i dzieci (!).

W tym roku - z udziałem grupy przywódców religijnych, w tym papieża Franciszka - zawiązana została międzynarodowa inicjatywa, której celem jest likwidacja niewolnictwa do 2020 roku. Nie wiem, czy tak zarysowany czasowo cel jest realny, ale - sprawa jest na pewno słuszna i bardzo godna tego, by się w nią zaangażować. Pierwszym krokiem może być złożenie internetowego podpisu pod międzynarodową deklaracją na rzecz likwidacji niewolnictwa (raz na zawsze) i tym samym dołączenie do przywódców religijnych, w tym Papieża, oraz milionów ludzi z całego świata, którzy już to uczynili. Można się także dopisać do listy mailingowej, aby otrzymywać bieżące informacje nt. postępu inicjatywy.

Ludzie dobrej woli nie mogą być obojętni! Choćby nawet na świecie był jeden człowiek-niewolnik, byłoby to straszne zjawisko, a liczbę tych osób szacuje się na prawie 40 mln, a dokładniej - 35,8 mln, jak mówi fundacja WalkFree zajmująca się tym tematem. To mniej więcej tyle, ilu mieszkańców całej Polski!

Na koniec tego wpisu podaję kilka linków, pod którymi można pokrótce zapoznać się ze sprawą i się zaangażować, przynajmniej w stopniu minimalnym - mianowicie podpisać deklarację. Ale śmiem twierdzić, że to za mało. Nie można zapomnieć o ludziach, którzy w różnych zakątkach świata cierpią z powodu fizycznego, moralnego i nie wiadomo jakiego jeszcze zniewolenia. Modlitwa, wywieranie legalnego nacisku na władze - instrumenty działania są różne, i wg naszych możliwości powinniśmy działać, choćby wołając do Pana, aby powstrzymał rzekę tej choroby na ciele ludzkości, jaką jest niewolnictwo, które na świecie do tej pory nie ustało.

Zmieniło się tyle, że kiedyś było legalne, a teraz jest nielegalne. Ale wiadomo, że jest wielu ludzi, dla których zapisy prawne nie mają większego znaczenia, którzy kierują się przede wszystkim żądzą zysku tudzież innymi wynaturzeniami. I to jest wyzwanie - dla wszystkich ludzi dobrej woli.

Najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że papież Franciszek:
1. podpisał się pod deklaracją początkową Global Freedom Network:
2. w pierwszych dniach grudnia sformułował przesłanie do grupy roboczej poświęconej tematowi niewolnictwa, która zebrała się w Londynie, co świadczy o tym, że jest zainteresowany tematem i potwierdza całą sprawę swoim autorytetem.
Ważne jest też, że dokument założycielski Global Freedom Network (Światowej Sieci na rzecz Wolności) podpisany został w Watykanie.

Nie czekajmy, nie bądźmy obojętni. Zastanówmy się, co my możemy zrobić coś dla tych, którzy cierpią z powodu współczesnego niewolnictwa. Modlić się można, a pewnie trzeba, zarówno za ofiary, jak i oprawców. A co więcej? Osobiście wpisałem się na listę mailową fundacji WalkFree i czekam na jej dalsze działania.

Śmiem twierdzić, że obok kwestii obrony życia ludzkiego sprawa niewolnictwa jest jednym z największych wyzwań dla cywilizacji chrześcijańskiej.

A tutaj zapowiedziane linki:

http://www.fides.org/en/news/36834-VATICAN_The_First_International_Day_of_Prayer_and_Awareness_against_Human_Trafficking#.VHb-w9456UQ

http://info.wiara.pl/doc/2268007.Religie-przeciw-niewolnictwu

http://info.wiara.pl/doc/2270542.Coraz-wiecej-dzieci-ofiarami-niewolnictwa

Global Freedom Network - http://www.globalfreedomnetwork.org

WalkFree Foundation - https://www.walkfree.org

Na Dzień Modlitwy przeciw Niewolnictwu wybrano wspomnienie św. Józefiny, bo ona sama była niewolnicą, porwaną jako dziecko z jednej z sudańskich wiosek. W wieku kilkunastu lat sprzedana do Włoch, tam zaznała lepszego losu. Trafiła do sióstr kanosjanek, u których przyjęła wiarę katolicką, a potem sama została siostrą.