W Roku Miłosierdzia warto może także przypomnieć, czym miłosierdzie NIE jest i jak ludzie potrafią pojmować je w tendencyjny, fałszywy sposób.
Na początek, rozróżnijmy dwie rzeczywistości. Pierwsza z nich to ogólnie pojęty kodeks moralny, który dla chrześcijanina zasadza się na przykazaniach Bożych. Nie chodzi tu przy tym o wąsko, starotestamentalnie pojęty dekalog, ale o cały chrześcijański system etyczny, którego głównym źródłem jest Ewangelia (m.in. właściwie "ustawiająca" rozumienie dekalogu), a naczelnym stróżem na ziemi - katolicki Kościół prowadzony przez trzecią Osobę Boską, czyli Ducha Świętego. Ten system etyczny ma charakter obiektywny i uniwersalny. Nie jest jednym z wielu, który można sobie przyjąć albo bez konsekwencji odrzucić. Uniwersalność polega tu na tym, że Bóg, jako Stwórca, Ojciec wszystkiego, a w tym wszystkich ludzi, ma prawo oczekiwać, że ci ludzie - na miarę swojej świadomości, swojego poznania - będą tych świętych zasad przestrzegać.
Drugą sprawą jest ludzki stosunek do tego etycznego systemu. Tzn. konkretne postawy, czyny, które podlegają ocenie w świetle moralności. Człowiek może albo się do zasad, przykazań stosować, albo też - z różnych powodów - je odrzucać, postępować wbrew nim. Jednocześnie w człowieku, chyba każdym, mamy do czynienia z władzą sumienia, która stanowi wewnętrzne odniesienie do tego, co dobre i złe. Stanowi jakby wewnętrzną busolę, która przynajmniej powinna powstrzymywać człowieka przed czynieniem zła, a zachęcać do dobra.
Odkąd jednak istnieje rodzaj ludzki, a raczej - po zaistnieniu w ludzkości tzw. grzechu pierworodnego (który skaził człowieczeństwo, stanowi jakby ochlapanie błotem pierwotnie szlachetnej ludzkiej natury, pochodzącej przecież od samego Boga) - człowiek ma dużą skłonność do oszukiwania siebie i innych, do dyskutowania z własnym sumieniem czy nawet do jego represjonowania, wypierania itp.
Dzieje się tak, ponieważ człowiek ma duży problem z uznaniem swojego grzechu. Różne są na pewno przyczyny tego problemu, a jednym z nich - być może głównym - jest deficyt zaufania do Boga, lęk przed Bogiem wynikający ze skrzywionego Jego obrazu w nas. Oczywiście, nie każdego ten problem dotyczy w równym stopniu. Jakkolwiek - ludzkość w szerokim zakresie zna zjawisko ucieczki przed uznaniem, że popełniło się realne zło, coś realnie nagannego.
Wielu radzi sobie w ten sposób, że próbuje podważać tę pierwszą rzeczywistość, czyli obiektywny i zobowiązujący system moralny. Kiedy stoją przed wyborem, czy podważyć zasady, czy uznać swoją winę - wybierają to pierwsze. To ratuje ich wizerunek we własnych oczach oraz pozwala wymówić się od zmiany w życiu, która nieraz wymaga wysiłku. I, o co mi właściwie tutaj chodzi, często próbuje się to robić pod płaszczykiem miłosierdzia. Pod pozorem miłosierdzia próbuje się np. ostatnimi czasy forsować możliwość udzielania Pana Jezusa w Hostii rozwodnikom żyjącym w nowych (bynajmniej nie "białych") związkach.
Wg pochodzącej od Boga moralności ludzie Ci żyją w grzechu ciężkim, sami się - przez swój wybór - odwrócili do Boga plecami. Ale chcą jednocześnie korzystać z dobrodziejstw sprawowanych w Kościele, czyli w tym przypadku - mieć swój pełny udział w Stole Pańskim, Najświętszej Ofierze Eucharystii.
Tymczasem miłosierdzie tutaj nie polega na głaskaniu dorosłych, świadomych ludzi po główkach i mówieniu, że "wszystko jest OK, Bóg jest miłosierny, macie prawo być szczęśliwi" itp. Prawdziwie pojęte miłosierdzie polega tutaj na tym, że ci ludzie mają w Kościele nieustannie otwartą ścieżkę przebaczenia i pokuty, powrotu do pełnej jedności z Bogiem i Jego mistycznym Ciałem, czyli Kościołem. Miłosierdzie polega tutaj na nieustannej gotowości Boga i ludzi do przebaczenia. Ale z pewnością nie na tym, że nawrócenia brak, a chciałoby się sobie powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Nie, nie jest.
Jest w świecie skłonność do fałszowania pojęcia miłosierdzia. Próbuje się zastępować w ludzkiej świadomości moralną prawdę relatywistycznym fałszem, które to zjawisko ma niewątpliwie diabelskie pochodzenie.
Moim zdaniem nie można, idąc za światem, rozwadniać kościelnego nauczania i wymagań z nim związanych. I wiele wskazuje na to, że Kościół w swoim Magisterium, czyli mocy decyzyjnej, wcale nie ma zamiaru tego robić, co choćby udowodniły ostatnie dwa Synody (nadzwyczajny i zwyczajny) nt. rodziny, na których prym wiodła - mimo krzykliwych doniesień medialnych - ortodoksja. Ostatecznym rozstrzygnięciem będzie tutaj adhortacja papieska, na którą czekamy i która ukaże się pewnie w ciągu kilku najbliższych miesięcy.
Pozostaje natomiast wciąż aktualne wyzwanie duszpasterskie, polegające na tym, że wierni pełnymi garściami czerpią ze światowej mentalności poprzez tzw. kulturę masową - filmy, seriale, książki itd. itp. Utwory kultury promują przyzwolenie na takie choćby postawy, jak związki niesakramentalne, antykoncepcja czy in vitro. Sumienia wiernych ulegają zmiękczeniu. Kropla drąży skałę, więc czerpanie z kultury masowej niepostrzeżenie dokonuje zmian w mentalności.
Miłosierdzie w żadnym razie nie oznacza jednak przymykania oczu na tego rodzaju postawy. Czynne miłosierdzie polega tu raczej na modlitwie o nawrócenie tych ludzi, a gdy chwila jest sposobna - także wprost na upomnieniu, próbie uświadomienia. Aczkolwiek wiadomo, że nie jest to łatwe, bo współczesne pokolenie jakże alergicznie reaguje na próbę budzenia sumienia.
Papież Franciszek dużo w ostatnim czasie mówi o miłosierdziu w związku z wybaczaniem. I to jest istota rzeczy! Skrucha oraz wybaczenie. A nie udawanie, że wszystko jest w porządku, związane z zagłuszaniem czy lekceważeniem sumienia. To ostatnie, powiedzmy sobie wprost, poważnie grozi piekłem.
PS Myślę, że świetnym dopełnieniem tej notki jest świeży komentarz ze strony info.wiara.pl, jaki przed chwilą zauważyłem. Polecam całość, a jako "smaczek" zwracam uwagę na słowa o "pseudoegzegezie, patroszącej z treści [Ewangelii] wszystko, co trudne". ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz