niedziela, 26 października 2014

Wierny Bóg

Podejmując chrześcijańskie życie, warto przede wszystkim pamiętać, że Bóg jest stały. Ale to zdanie o oczywiście za mało, bo - w czym On jest stały? Otóż jedną z Jego niezmiennych cech jest JEGO MIŁOŚĆ DO NAS. Ci, którzy czerpią z dobrych źródeł, jak Pismo Święte, wiedzą, że nie jest to slogan - ale piękna rzeczywistość.

Prawda jest taka, że ta rzeczywistość stanowi elementarny fundament naszego życia. Bo gdyby Bóg nas nie kochał, gdyby nie był Miłością, albo by nas nie było, albo nasze życie byłoby piekłem.

Ale - Bóg po pierwsze jest, a po drugie - jest miłością. Po trzecie - nieustanną miłością. To znaczy, że On nas kocha ZAWSZE i NIEUSTANNIE (przepraszam za "masło maślane", ale myślę, że tej prawdy nigdy za dużo).

Mamy więc piękny fundament naszego życia. Fundament, który jest mocniejszy niż skała. Fundament, który nigdy nie ustąpi.

W tym wszystkim niestała jest druga strona, czyli - nasza odpowiedź. My, jak wiadomo, nie jesteśmy jak Bóg. Jesteśmy słabi, mniej lub bardziej zepsuci.. Upadamy.

Jesteśmy jednak wezwani, by kochać. Przede wszystkim Boga, ale i - bliźniego. Boga na pierwszym miejscu, bo.. jesteśmy mu to po prostu winni. Jesteśmy mu to winni na zasadzie zwykłej odpłaty, bo - Jego stosunek do nas jest ZAWSZE, TYLKO I WYŁĄCZNIE uwarunkowany miłością. I Jemu się po prostu ta nasza miłość należy. Ale nie dlatego, że Jemu się podoba i że chce nas "wyżyłować", ale dlatego - że to On pierwszy nas ukochał.

Bez Jego miłości do nas nie mogłoby w ogóle być mowy o naszej miłości do Niego. Dlatego tak ważne jest, byśmy sobie tę Jego nieskończoną, wieczną miłość uświadamiali i - przynajmniej czasem - rozważali, myśleli o niej.

Taka świadomość buduje zaufanie. Że wszystko, co dostajemy od Boga, jest dobre. Pomaga też pamiętać, że różne złe rzeczy, które są wokół nas, bynajmniej od Boga nie pochodzą; są wynikiem tego, że stworzenia są dobremu Ojcu często nieposłuszne: poczynając od zbuntowanych aniołów, a kończąc na nas, ludziach XXI wieku. Kiedy dziwimy się złu i cierpieniu, warto pamiętać, że Ono nie pochodzi od Boga, ale - jest wynikiem nieposłuszeństwa wolnych jednostek względem Jego woli.

Pamiętajmy, że Bóg jest miłością. A także - jak napisał św. Jan - "jest Światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności" (1 J 1, 5).

Zanim rozważymy nasze obowiązki względem Boga i bliźniego, rozważmy zatem najpierw to, co od naszego Stwórcy i Ojca otrzymaliśmy i wciąż otrzymujemy. A jest to - Jego nieustanna obecność i gotowość do dawania nam dobra.

Pamiętajmy, że On jest tym, który JEST. Który po prostu JEST. Zarazem - powtórzę - jest to obecność miłująca, życzliwa, ojcowska. To dlatego ze wszystkim możemy się do Boga zwracać, o wszystko Boga prosić, a co dobre - da nam. Tak nas nauczył Jezus Chrystus, Syn Boga, który zna Ojca tak dobrze, jak nikt inny.

Pamiętajmy więc w naszym życiu, że nigdy nie jesteśmy sami, że zawsze jest z nami dobry, miłujący, miłosierny Bóg. Sami nic nie możemy, ale z Nim, dzięki Jego miłości, możemy wszystko. A najważniejszym, co dzięki Bożej łasce możemy, jest - miłować. Niech więc rozwija się w nas otwartość na Boga, aby mógł On przeprowadzać w nas dzieła swej miłości, abyśmy następnie my mogli kochać wszystkich - poczynając od Boga, a kończąc na najtrudniejszym bliźnim.

"Słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi." (Mt 5, 45) "Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny." (Łk 6, 36)

Amen

wtorek, 14 października 2014

Od Ewangelii do sprawy Medjugorja

Na kanwie dzisiejszej Ewangelii – Łk 11, 37-41.

Jezus mocno, bezpośrednio, ostrymi słowami ganił faryzeuszy. Może dlatego, że uważali się oni za takich „super” i trzeba było mocnych słów, by nimi wstrząsnąć. Ale oni nie mogli tego znieść. To była reakcja w stylu: „co nas tutaj ten jakiś człowiek będzie pouczał, to my jesteśmy nauczycielami”, „kim on jest, żeby tak nas traktować, z dala od wszelkich przyjętych kanonów”.

Większość z nich nie widziała w Jezusie Syna Bożego, Mesjasza, tylko kogoś, kto im miesza.. „Przyszedł taki i miesza.”

Nienawidzili Go. Wielu by powiedziało, że prowokował, że był tutaj stroną ofensywną. Ale głównie to On był pod ostrzałem. Tzw. elity nie ufały Mu, ciągle jacyś ludzie chcieli go poddawać próbom.
Dlaczego nie uznali w Nim Mesjasza? Bali się może, że to fałszywy prorok. Ale przecież wielu innych dobrze Go rozpoznało – jako Syna Bożego! Może poznali Go ci, którzy po prostu za dużo nie kombinowali , nie dzielili włosa na czworo?

* * *

Czy tak trzeba by podejść także do sprawy Medjugorja? Wiemy, że miejsce to obfituje w wielkie owoce w postaci wielu nawróceń. A przecież – „po owocach ich poznacie”. W innym miejscu Jezus powiedział, że szatan nie walczy sam przeciw sobie, bo wtedy nie ostałoby się jego królestwo. Czy więc byłoby tyle nawróceń w górskim miasteczku w Bośni i Hercegowinie, gdyby wydarzenia tam zachodzące były dziełem szatana? Przykładając do sprawy prostą miarę i posiłkując się Ewangelią, trudno na ten moment „przyczepić się” do tego, co od lat 80. się tam dzieje.

To, co piszę, nie oznacza, że jestem zdeklarowanym fanem Medjugorja. Byłem tam co prawda, ale podchodziłem i nadal podchodzę do sprawy z pewnym dystansem – starając się przede wszystkim być posłusznym Kościołowi. Swego czasu, można powiedzieć, dołączyłem nawet do grona sceptyków – i jest to może na tym etapie potrzebne.

Natomiast gdy rozmyślając nad Ewangelią widzę dwa zasadnicze odniesienia do Jezusa: nieufność faryzeuszów oraz wiarę prostaczków, temat Medjugorja – jako aktualny dla naszych czasów – narzuca się wręcz sam.. Może za dużo tu kombinacji? Może trzeba po prostu – wg słów Pana Jezusa – patrzeć na owoce? Tym bardziej, że te od lat są dobre – nie słyszałem natomiast o żadnych ewidentnych nieprawidłowościach.

Hmm.. gdy byłem ostatnio na filmie „Ziemia Maryi” („Mary’s Land”), oglądałem go ze stopniowo narastającym rozczarowaniem. Ponieważ okazało się, że jest to obraz, którego głównym punktem jest właściwie subtelna promocja Medjugorja. Tylko – czy my właściwie mamy się do tego Medjugorja o co przyczepić?

Nie jestem od wyrokowania. Czekam na rozstrzygnięcie stosownych władz Kościelnych, które – ufam – wreszcie jakąś rozjaśnią tę aktualną od lat kwestię.

Zaczynam też jednak uważać na to, by "przypadkiem" nie być jak faryzeusz, który szuka dziury w całym i niejako gardzi tym, w czym tzw. prostaczkowie odnajdują się świetnie.