piątek, 1 stycznia 2016

Miłosierdzie to nie relatywizm

W Roku Miłosierdzia warto może także przypomnieć, czym miłosierdzie NIE jest i jak ludzie potrafią pojmować je w tendencyjny, fałszywy sposób.

Na początek, rozróżnijmy dwie rzeczywistości. Pierwsza z nich to ogólnie pojęty kodeks moralny, który dla chrześcijanina zasadza się na przykazaniach Bożych. Nie chodzi tu przy tym o wąsko, starotestamentalnie pojęty dekalog, ale o cały chrześcijański system etyczny, którego głównym źródłem jest Ewangelia (m.in. właściwie "ustawiająca" rozumienie dekalogu), a naczelnym stróżem na ziemi - katolicki Kościół prowadzony przez trzecią Osobę Boską, czyli Ducha Świętego. Ten system etyczny ma charakter obiektywny i uniwersalny. Nie jest jednym z wielu, który można sobie przyjąć albo bez konsekwencji odrzucić. Uniwersalność polega tu na tym, że Bóg, jako Stwórca, Ojciec wszystkiego, a w tym wszystkich ludzi, ma prawo oczekiwać, że ci ludzie - na miarę swojej świadomości, swojego poznania - będą tych świętych zasad przestrzegać.

Drugą sprawą jest ludzki stosunek do tego etycznego systemu. Tzn. konkretne postawy, czyny, które podlegają ocenie w świetle moralności. Człowiek może albo się do zasad, przykazań stosować, albo też - z różnych powodów - je odrzucać, postępować wbrew nim. Jednocześnie w człowieku, chyba każdym, mamy do czynienia z władzą sumienia, która stanowi wewnętrzne odniesienie do tego, co dobre i złe. Stanowi jakby wewnętrzną busolę, która przynajmniej powinna powstrzymywać człowieka przed czynieniem zła, a zachęcać do dobra.

Odkąd jednak istnieje rodzaj ludzki, a raczej - po zaistnieniu w ludzkości tzw. grzechu pierworodnego (który skaził człowieczeństwo, stanowi jakby ochlapanie błotem pierwotnie szlachetnej ludzkiej natury, pochodzącej przecież od samego Boga) - człowiek ma dużą skłonność do oszukiwania siebie i innych, do dyskutowania z własnym sumieniem czy nawet do jego represjonowania, wypierania itp.

Dzieje się tak, ponieważ człowiek ma duży problem z uznaniem swojego grzechu. Różne są na pewno przyczyny tego problemu, a jednym z nich - być może głównym - jest deficyt zaufania do Boga, lęk przed Bogiem wynikający ze skrzywionego Jego obrazu w nas. Oczywiście, nie każdego ten problem dotyczy w równym stopniu. Jakkolwiek - ludzkość w szerokim zakresie zna zjawisko ucieczki przed uznaniem, że popełniło się realne zło, coś realnie nagannego.

Wielu radzi sobie w ten sposób, że próbuje podważać tę pierwszą rzeczywistość, czyli obiektywny i zobowiązujący system moralny. Kiedy stoją przed wyborem, czy podważyć zasady, czy uznać swoją winę - wybierają to pierwsze. To ratuje ich wizerunek we własnych oczach oraz pozwala wymówić się od zmiany w życiu, która nieraz wymaga wysiłku. I, o co mi właściwie tutaj chodzi, często próbuje się to robić pod płaszczykiem miłosierdzia. Pod pozorem miłosierdzia próbuje się np. ostatnimi czasy forsować możliwość udzielania Pana Jezusa w Hostii rozwodnikom żyjącym w nowych (bynajmniej nie "białych") związkach.

Wg pochodzącej od Boga moralności ludzie Ci żyją w grzechu ciężkim, sami się - przez swój wybór - odwrócili do Boga plecami. Ale chcą jednocześnie korzystać z dobrodziejstw sprawowanych w Kościele, czyli w tym przypadku - mieć swój pełny udział w Stole Pańskim, Najświętszej Ofierze Eucharystii.

Tymczasem miłosierdzie tutaj nie polega na głaskaniu dorosłych, świadomych ludzi po główkach i mówieniu, że "wszystko jest OK, Bóg jest miłosierny, macie prawo być szczęśliwi" itp. Prawdziwie pojęte miłosierdzie polega tutaj na tym, że ci ludzie mają w Kościele nieustannie otwartą ścieżkę przebaczenia i pokuty, powrotu do pełnej jedności z Bogiem i Jego mistycznym Ciałem, czyli Kościołem. Miłosierdzie polega tutaj na nieustannej gotowości Boga i ludzi do przebaczenia. Ale z pewnością nie na tym, że nawrócenia brak, a chciałoby się sobie powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Nie, nie jest.

Jest w świecie skłonność do fałszowania pojęcia miłosierdzia. Próbuje się zastępować w ludzkiej świadomości moralną prawdę relatywistycznym fałszem, które to zjawisko ma niewątpliwie diabelskie pochodzenie.

Moim zdaniem nie można, idąc za światem, rozwadniać kościelnego nauczania i wymagań z nim związanych. I wiele wskazuje na to, że Kościół w swoim Magisterium, czyli mocy decyzyjnej, wcale nie ma zamiaru tego robić, co choćby udowodniły ostatnie dwa Synody (nadzwyczajny i zwyczajny) nt. rodziny, na których prym wiodła - mimo krzykliwych doniesień medialnych - ortodoksja. Ostatecznym rozstrzygnięciem będzie tutaj adhortacja papieska, na którą czekamy i która ukaże się pewnie w ciągu kilku najbliższych miesięcy.

Pozostaje natomiast wciąż aktualne wyzwanie duszpasterskie, polegające na tym, że wierni pełnymi garściami czerpią ze światowej mentalności poprzez tzw. kulturę masową - filmy, seriale, książki itd. itp. Utwory kultury promują przyzwolenie na takie choćby postawy, jak związki niesakramentalne, antykoncepcja czy in vitro. Sumienia wiernych ulegają zmiękczeniu. Kropla drąży skałę, więc czerpanie z kultury masowej niepostrzeżenie dokonuje zmian w mentalności.

Miłosierdzie w żadnym razie nie oznacza jednak przymykania oczu na tego rodzaju postawy. Czynne miłosierdzie polega tu raczej na modlitwie o nawrócenie tych ludzi, a gdy chwila jest sposobna - także wprost na upomnieniu, próbie uświadomienia. Aczkolwiek wiadomo, że nie jest to łatwe, bo współczesne pokolenie jakże alergicznie reaguje na próbę budzenia sumienia.

Papież Franciszek dużo w ostatnim czasie mówi o miłosierdziu w związku z wybaczaniem. I to jest istota rzeczy! Skrucha oraz wybaczenie. A nie udawanie, że wszystko jest w porządku, związane z zagłuszaniem czy lekceważeniem sumienia. To ostatnie, powiedzmy sobie wprost, poważnie grozi piekłem.

Na ten nowy rok życzę wszystkim dużo przytomności i jasności umysłu, trzeźwego myślenia, które nie da się zwieść sączącej się zewsząd propagandzie relatywizmu. A jednocześnie - postawy miłosiernej, czyli gotowości do przebaczenia każdemu, kto nam w jakiś sposób zawinił. Ale zawsze - w prawdzie. Obyśmy o tym pamiętali, bo przecież - jak sam Jezus powiedział - to prawda wyzwala. Tego życia w prawdzie życzę więc każdemu z Was i sobie z okazji rozpoczynającego się kolejnego już Pańskiego roku. Amen!

PS Myślę, że świetnym dopełnieniem tej notki jest świeży komentarz ze strony info.wiara.pl, jaki przed chwilą zauważyłem. Polecam całość, a jako "smaczek" zwracam uwagę na słowa o "pseudoegzegezie, patroszącej z treści [Ewangelii] wszystko, co trudne". ;)