środa, 26 marca 2014

Piractwo internetowe oraz uczciwy obieg treści – przykłady...

W dwóch notkach (tutaj i tutaj) na tym blogu przedstawiłem już zarys moich poglądów nt. piractwa w Internecie, a mam w tej kwestii – co tu dużo mówić – opinię negatywną. Ale oczywiście nie każda wymiana treści w Internecie jest piractwem, czymś nieuczciwym. Aby uniknąć nieporozumień, chciałbym na pewnych przykładach ukazać, co w świetle moich poglądów jest OK, a co nie jest OK. Podkreślam też, że jestem otwarty na wszelkie pytania, wątpliwości w tych kwestiach i w miarę możliwości chętnie je wyjaśnię. Powtarzam też, że nie działam w imieniu żadnych firm, organizacji ochrony praw autorskich itp. :) Jestem zwykłym człowiekiem, chrześcijaninem i zwykłym zakonnikiem, który po prostu interesuje się tym tematem jako jednym z co najmniej kilku. Ale – zostawmy wyjaśnienia.. zapraszam do lektury!

W poprzednich tekstach o piractwie kładłem nacisk na to, że kluczowa w kwestii korzystania z utworów w Internecie jest wolawłaścicieli praw autorskich. Oznacza to, że jeśli autor czy właściciel praw udostępnia coś za darmo w Internecie, bo tak chce, to oczywiście można z tego swobodnie korzystać. Przedstawię to na przykładzie bardzo popularnego serwisu, który był w centrum poprzedniej notki.

1.      Przykłady tego, co „jest OK”:
Właściciele praw (a więc wytwórnie, sami wykonawcy etc. etc.) sami umieszczają w Internecie swoje utwory, aby je w ten sposób promować:

a)      oficjalny kanał na YouTube wokalisty Mateusza Mijala - http://www.youtube.com/user/mateuszmijalvideo
(wybór wykonawcy jest przypadkowy)
b)      oficjalny YouTube’owy kanał zespołu Love Story - http://www.youtube.com/user/zespolls
Na kanale tym możemy m.in. znaleźć informację: „Oficjalny kanał zespołu Love Story (...)”. Także elegancka szata graficzna tego kanału dodatkowo świadczy o tym, że jest to podstrona oficjalna. Z czegoś takiego można spokojnie korzystać i oglądać nagrania, bez obaw o łamanie praw autorskich, korzystanie z nielegalnych praktyk itp. To nie jest piractwo!
c)       Przykład videobloga, czyli formy komunikacji zdobywającej dziś popularność - http://www.youtube.com/user/nowcatholicblog. Ktoś chce dotrzeć do internautów ze swoim przekazem, udostępnia więc treści i oczywiście za darmo!

Jeszcze ogólnie i pokrótce: jak rozpoznawać, co na takich portalach jest oficjalne, a co nie? Możemy oczywiście opierać się tylko na tym, co widoczne. Potrzebne jest tu także pewne zaufanie – że informacje, które widzimy, są prawdziwe. Podajmy więc przykładowe elementy, z których możemy i mamy prawo wnioskować, że treści nie są pirackie:
a)      bezpośrednia informacja, że strona lub dany materiał jest oficjalny, jak np. na wymienionym kanale zespołu Love Story;
b)      elegancka szata graficzna, która pokazuje, że stronę stworzyli profesjonaliści;
c)       dane kontaktowe: jak oficjalny adres WWW, a czasem też kontakt do twórcy, menedżera itp.

Elementy te nie muszą oczywiście występować łącznie. Ogólnie rzecz biorąc, należy po prostu kierować się dobrą wolą i rozumem, a to już w 99% gwarancja sukcesu w rozpoznaniu, co jest, a co nie jest nieuczciwością, piractwem.

2.       Przykłady tego, co nie jest OK:

a)      najpierw przykłady z YouTube’a, który nie jest co prawda najgorszym serwisem pod tym względem i na dodatek daleko mu do najgorszych, ale z drugiej strony – jest bardzo popularny na świecie i też nie jest wolny od naruszeń praw autorskich, więc:
https://www.youtube.com/watch?v=wTjLZwpmufw– „rip z winylu” [zgrane z płyty winylowej];

b)      przykładowy katalog z utworami w serwisie wrzuta.pl:
Przy czym takich przykładów w tym serwisie są tysiące. Mnóstwo kanałów, mnóstwo albumów czy pojedynczych utworów wstawianych bez praw do tego. Użytkownik, którego tutaj przywołuję, do tej pory wstawił ponad 4 tys. utworów, z tego bardzo wiele zachodnich zespołów, co do których jestem właściwie w 100% pewien, że nie udzielały na to zgody. Oczywiście nie chodzi mi tutaj o to, by stygmatyzować określonego użytkownika, ale chodzi po prostu o przykład. To nie jest kwestia jednego internauty, tylko bardzo wielu użytkowników tego serwisu.
Co do odbiorców tych treści, to kanał tego przykładowego użytkownika pokazuje ponad 16 mln (!) wyświetleń. Choćby to pokazuje, jaka jest skala zjawiska piractwa w Internecie.

c)       to samo na popularnych „chomiku”, np.
Podobnie jak wyżej – wiele udostępnionych plików różnych wykonawców. Tego rodzaju praktyki są już nie tylko niezgodne z uczciwością, ale już też konkretnie z prawem państwowym, bo przecież ustawa o prawie autorskim zakazuje rozpowszechniania treści, do których nie ma się odpowiednich praw. Przypomnę: to prawda, że prawo nie zakazuje wprost ściągania, ale o tym akurat napisałem już w pierwszejnotce, a tu tylko nadmienię, że przecież ściąganie jest niczym innym, jak korzystaniem z tego, że ktoś udostępnia – podkreślam: wbrew woli i bez wiedzy właścicieli praw.

3.      Poproszono mnie także, aby poinstruował pokrótce, w jaki sposób osoba, która czuje się poszkodowana treściami wstawionymi na takim czy innym serwisie, może dochodzić swoich praw. Pierwszym i najprostszym sposobem jest zgłoszenie problemu administratorom danego serwisu. Większe strony tego typu udostępniają do tego gotowe narzędzia, i tak:
a)      YouTube – pod każdym materiałem video jest ikonka flagi, która służy do zgłaszania treści. Z tego, co widzę, należy mieć konto w serwisie, aby móc takiej operacji zgłoszenia dokonać, ale założenie konta jest oczywiście bezpłatne. Po kliknięciu ikony wybiera się jeszcze z listy powód, dla którego zgłasza się dany materiał jako niewłaściwy.
b)      wrzuta.pl – pod utworem link „Zgłoś” (też trzeba być zalogowanym);
c)       chomikuj.pl – na samym dole serwisu jest klikalny napis „Zgłoś jeśli naruszono regulamin” -> następnie wybiera się powód, dla którego zgłasza się dany materiał (nie trzeba być zalogowanym).
Ww. serwisy informują też, że w przypadku naruszeń o „większej skali”, konta nieuczciwych użytkowników będą usuwane.
***
Żeby nie zostawić Internautów, którzy chcą być uczciwi, z tzw. niczym, proponuję możliwą alternatywę, która moim zdaniem działa na całkiem dobrych warunkach. Nie chodzi tu o reklamę, ale jako użytkownik polecam po prostu coś, co sam kiedyś uznałem za dobrą propozycję i z czego do tej pory korzystam. Oto i możliwa propozycja: serwis muzodajnia.plreklamujący się hasłem „Portal z najtańszą muzyką w sieci”. Nie jestem znawcą całego rynku, ale myślę, że jest to uczciwe hasło. Był czas, że za jeden – legalny! – utwór w serwisie płaciłem tylko 10 gr (!), co dla mnie było rewelacją. Teraz jest drożej, ale i tak znacznie taniej niż w przypadku kupowania płyty CD w sklepie. W Muzodajni zakupować można pliki MP3 i ściągać je na swój dysk czy przenośne urządzenie. Fakt, że preferowani są tu użytkownicy sieci komórkowej Plus (oni mają w jakiś sposób łatwiejszy dostęp do treści, wystarczy wtedy opłata SMS-em), ale serwis jest dla wszystkich – także dla tych, którzy nie mają numeru u tego operatora. Tak że jeśli ktoś ma jakieś „zaskórniaki”, które chce wydać na cele rozrywkowe, a dokładniej – na muzykę – to Muzodajnia jest legalną, dobra propozycją. Nie wykluczam, że są inne tego rodzaju serwisy w Polsce, które oferują treści w dobrej cenie, ale – ja takowych nie znam.

I podkreślam raz jeszcze – nie działam na niczyje zlecenie (no, chyba że własnego sumienia ;). Po prostu staram się w życiu postępować uczciwie i do tego samego zachęcam innych, a szczególnie – wierzących, którzy wiedzą, że mają zobowiązania przed Bogiem do tego, aby stopniowo być coraz bliżej Niego, by ich życie stawało się coraz lepszym, co w moralności sprowadzało by się w uproszczeniu do zasady: „Unikaj zła, czyń dobro”. Miłuj bliźniego swego jak siebie samego, a więc także – szanuj jego własność, w tym tę tzw. własność intelektualną, a więc różnego rodzaju utwory.

Jako przykład uczciwego promowania treści chciałem wcześniej podsunąć jeszcze jeden przykład, który raptem dziś poznałem. Popularnego na świecie portalu, którzy ma także swoją polską wersję i promuje legalnie teledyski różnych twórców, w tym tych najbardziej znanych. Ale kiedy przeglądałem stronę główną tego serwisu, zobaczyłem, ile treści wręcz ocieka tam erotyką. Powstaje wrażenie, że na stronie głównej wręcz umieszczono specjalnie takie fragmenty teledysków, które miały zachęcać do ich oglądania właśnie przez dość nachalne epatowanie seksualnością. I nie chodzi tu tylko o skąpe stroje występujących pań. W trosce o moralność szerzej pojętą niż tylko w zakresie piractwa, nie informuję więc o tym serwisie i sam też nie mam zamiaru z niego korzystać. To jest zresztą osobny temat ogromnej, nachalnej erotyzacji, panoszącej się w obecnym świecie. Kanałem tego zjawiska w dużej mierze są teledyski bardzo popularnych twórców. Ale to już temat na inne rozważania.

Czytelników zachęcam do: interakcji; poruszania tych aspektów różnego rodzaju piractwa, których sam jeszcze nie poruszyłem; zadawania pytań; dzielenia się wątpliwościami itd. itp.

Jednocześnie, korzystając z okazji, serdecznie pozdrawiam tych, którzy zaglądają na mój blog! :)

PS Mam już zaplanowanych kilka innych tematów na następne notki – blog nie ma być oczywiście tylko o piractwie. Aczkolwiek na dyskusję w tym ostatnim temacie, jak już napisałem, jestem zawsze otwarty i w razie potrzeby mogę do niego wracać.

czwartek, 20 marca 2014

Jaki jest problem z YouTube’em?

Chciałbym wrócić do kwestii praw autorskich w Internecie, którą poruszyłem już w pierwszej notce na tym blogu. Wtedy pokrótce wyjaśniłem, jakie mam zastrzeżenia do ściągania filmów czy muzyki z Internetu (a bardziej wprost – dlaczego jestem takiej praktyce przeciwny). Teraz chciałbym odnieść się do korzystania z treści w takich serwisach, jak np. YouTube czy wrzuta.pl.

Znajomy ksiądz, z którym rozmawiałem kiedyś o piractwie, przytoczył konkretną sytuację z przeszłości. Otóż pewien dość znany twórca katolickich filmów żalił się temu księdzu, że ktoś – wbrew jego woli – umieścił w serwisie YouTube film jego autorstwa. Materiał miał w serwisie dużą oglądalność, bo swego czasu był bardzo popularny w środowisku ludzi wierzących. Tyle tylko, że twórca, o którym mowa, zarabia na życie – na siebie i rodzinę – w taki sposób, że sprzedaje swoje filmy; w ten sposób osoba, która „wpuściła” materiał do Internetu, pozbawiła autora przynajmniej części zysków. Bo od tej pory wiele osób mogło obejrzeć film, nie płacąc za niego – i mogli nawet nie wiedzieć, że nagranie znalazło się w Internecie wbrew woli twórcy.

Piractwo to nie tylko ściąganie treści na dysk bez autoryzacji, bez zapłacenia za nie. W wielu przypadkach to także korzystanie z treści bezpośrednio przez sieć. Czy spotkaliście się kiedyś na YouTube z komunikatem, że dany materiał nie jest już dostępny, bo właściciel praw zastrzegł dostęp do niego? Bo mi się zdarzało, kiedy jeszcze luźniej podchodziłem np. do słuchania muzyki w sieci. Nawet się czasem lekko złościłem, kiedy chciałem czegoś posłuchać, a nie mogłem. Ale teraz rozumiem już twórców czy tych, którzy reprezentują ich interesy.

Tak naprawdę różnica między ściąganiem nielegalnie umieszczonych treści na swój komputer a oglądaniem ich od razu na stronach Internetowych jest niewielka. W jednym i drugim chodzi bowiem o to samo. Ktoś nielegalnie umieścił jakiś materiał (piosenkę, film itp.) w Internecie, wbrew woli właścicieli praw autorskich, a inni potem z tego dowolnie korzystają. Wytwórnia czy autorzy nie mają z tego nic albo prawie nic („prawie”, bo czasem ktoś poczuwa się do tego, by potem kupić oryginalny produkt).

Ukazując na początku przykład z autorem katolickiego filmu, chciałem pokazać, że tutaj zawsze chodzi o szacunek do konkretnych ludzi. Jan Paweł II, jeszcze jako bp Karol Wojtyła, w swoich książkach z dziedziny etyki używał pojęcia „norma personalistyczna”. W normie tej chodzi po prostu o to, aby traktować każdego człowieka zgodnie z tym, kim jest – a ZAWSZE jest osobą, ludzką osobą. Chodzi tu o to, by traktować każdego tak, jak samemu chce się być traktowanym – bo osoby (wszyscy ludzie) są sobie równe. Norma ta zawiera się w sposób mniej lub bardziej bezpośredni także w Nowym Testamencie, który jest – jak wiemy – jednym z fundamentów wiary chrześcijańskiej. Norma personalistyczna jest bowiem zasadą, na której oparte jest przykazanie miłości Boga i bliźniego, czyli istota chrześcijańskiego przesłania moralnego.

Norma ta rozciąga się na wszystkie sfery ludzkiego działania, jeśli chodzi o ich moralną ocenę. Przez jej pryzmat trzeba więc także patrzeć na korzystanie z różnego rodzaju dóbr kultury. Dotyczy to zresztą nie tylko muzyki czy filmów, ale też np. książek, które nieraz – w formie skanów – są umieszczane w sieci. Te same zasadą rozciągają się także na różnego rodzaju programy komputerowe, w tym gry.

Skala kradzieży własności intelektualnej na świecie jest bardzo duża (nie podam tu w tej chwili żadnych liczb, bo nie jest to istotne dla moich rozważań). I nieprzypadkowo używam tutaj słowa „kradzież”. Jeśli chodzi o uzasadnienie, to nie chcę się powtarzać, zapraszam więc do zapoznania się z pierwszą notką. Tutaj tylko skrótowo: ktoś inwestuje pieniądze i finalnie wypuszcza produkt na rynek po to, aby na nim zarobić, a nie rozdawać za darmo – taka jest normalna istota działalności gospodarczej, do której różne firmy, podmioty mają prawo. Na tym to polega, że aby firma mogła działać, zatrudniać ludzi, wypuszczać na rynek kolejne produkty, które interesują ludzi – to prędzej czy później musi na tych swoich produktach zarabiać. Rozdawanie za darmo nazywa się działalnością charytatywną i tym zajmują się przede wszystkim odrębne organizacje, a nie np. wytwórnie filmowe czy fonograficzne. Zresztą te też oddają część swoich zarobków do wspólnej kasy państw, na rzecz lepiej lub gorzej pojętego wspólnego dobra – bo przecież płacą podatki.

W tym tekście nie chodzi o to, żeby zanegować działanie serwisów typu YouTube. Chodzi o pewien etyczny sprzeciw wobec nielegalnego korzystania z tych narzędzi. W Internecie istnieje też przecież bardzo duży legalny obieg treści – wiele osób tworzy np. videoblogi, którymi dzielą się na popularnych stronach. Wiele firm prowadzi także własne kanały przykładowo na YT, gdzie oficjalnie dzielą się wyprodukowanymi przez siebie piosenkami czy fragmentami filmów.

Tak już mamy ułożony świat, że obieg dóbr kultury odbywa się w ogromnej mierze na zasadach biznesowych, komercyjnych. Tak samo produktów ze sklepu spożywczego czy chemicznego nie bierzemy za darmo, ale musimy za nie zapłacić – bo ktoś wcześniej musiał wyłożyć konkretne pieniądze, żeby te towary wytworzyć czy przewieźć. Pamiętajmy, że tworzenie muzyki, filmów czy gier komputerowych też kosztuje konkretne pieniądze. I jeśli chcemy te produkty uzyskać i czerpać z nich przyjemność (bo głównie chodzi w tej sferze o rozrywkę), to musimy dać coś w zamian. Te reguły trzeba szanować, aby można było powiedzieć, że żyje się uczciwie.

Ostatecznie – wracając do wspomnianej już normy personalistycznej – postuluję takie korzystanie z różnego rodzaju treści, jakiego życzą sobie ich autorzy. Nie ma przy tym obawy, że ceny będą windowane do niebotycznych rozmiarów. Ceny są takie, jakie ktoś jest w stanie zapłacić. Twórcy wiedzą, że nie mogą ustalać zbyt wysokich, bo wtedy nikt nie będzie kupować, a oni nie będą zarabiać. Należy tylko pamiętać o jednym: jeśli jednak cena na moją konkretną kieszeń jest zbyt wysoka, to w ramach uczciwości nie pozostaje mi nic innego, jak zrezygnować z danej treści. Nie mam prawa „wykradać” jej z Internetu, korzystając z okazji, że ktoś ją tam wcześniej nielegalnie umieścił. Nie mam pieniędzy na batonika – nie kupuję batonika. Prosta, przejrzysta zasada.

Chciałbym jeszcze na koniec zastrzec, że nie jestem na usługach żadnej firmy fonograficznej ani innego tego rodzaju podmiotu. ;) Moje poglądy są po prostu wyrazem kilku dobrych lat refleksji na ten temat. W którymś momencie dostrzegłem, że korzystanie z treści w Internecie niesie ze sobą konkretne pytania natury etycznej – i domagały się one rozwiązania, odpowiedzi. Sumienie wsparte przemyśleniami – po paru latach wątpliwości, wewnętrznego mocowania się ze sobą itp. – doprowadziło mnie w końcu do takich rozwiązań, jakie zawarłem w obu notkach nt. piractwa.

Jeśli Drogim Czytelnikom nasuwają się jeszcze jakieś wątpliwości, pytania, nowe elementy tego tematu – będę wdzięczny za napisanie komentarza pod tekstem..