sobota, 22 czerwca 2019

Sobie a muzom, czyli przemyślenia sympatyka Prawicy Rzeczypospolitej

Od kilku tygodni śledzę, a czasem także rozmyślam o tym, co dzieje się w łonie Prawicy Rzeczypospolitej. Partii, której - właściwie od początku jej istnienia - jestem sympatykiem. Zależy mi jako człowiekowi wierzącemu, a zarazem obywatelowi oraz wyborcy, by tzw. opinia chrześcijańska była jak najsilniej reprezentowana także na scenie politycznej - czy to krajowej, czy na poziomie ponadnarodowym. Musi więc niepokoić to, co ostatnio zadziało się w ugrupowaniu, które to - tak myślę - pretenduje do miana reprezentacji chrześcijańskiej opinii w świecie polityki.

Wpis ten kierowany jest do osób zorientowanych w ostatnich wydarzeniach, nie będę więcej tutaj streszczał, co się stało. Będę tylko odnosił się do, już znanych z mediów (w tym społecznościowych) wydarzeń.

Właściwie, to chciałbym postawić kilka pytań do tego, co się wydarzyło.

Po pierwsze, zastanawiam się, czy nie można było - w kontekście ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego - dopuścić w Prawicy do realnego pluralizmu. Aczkolwiek, przepraszam.. Ten pluralizm był i to w wymiarze jak najbardziej realnym. Do tego stopnia, że politycy jednej i tej samej partii wspierali dwa różne komitety wyborcze i w ramach tych dwóch różnych komitetów startowali do PE.

Ów pluralizm zdefiniowano jednak jako poważny problem. Na pewno jako poważny, bo sytuacja doprowadziła do zawieszenia samego prezesa partii, jak i wyrzucenia z szeregów co najmniej jednego z członków ugrupowania.

Ergo - trzymanie w wyborach jednej linii potraktowano jako ważniejsze niż nawet jedność ugrupowania (paradoks? w jakimś sensie chyba tak.. sytuacja wygląda bowiem tak, że w trosce o reprezentowanie przez partię jednej linii, zdecydowano się na konflikt; sytuacja godna przemyślenia). Jedność, która powinna być raczej bardzo strzeżona w przypadku formacji, która przez wielu uznawana jest za partię tzw. kanapową. Wydaje się, że chęć rozliczeń oraz przeforsowania jednej linii była tu ważniejsza niż ochrona jedności jako pewnej wspólnoty.

Pytanie pierwsze brzmi więc: czy nie można było zinterpretować tego pluralizmu - który w toku kampanii stał się faktem dokonanym - jako czegoś dopuszczalnego, a także zrezygnować z poszukiwania oraz rozliczania "winnych" tego pluralizmu?

Naprawdę.. mam wrażenie, że jedność - już i tak niewielkiej - partii jest dobrem na tyle cennym, że wątpliwym jest działanie, które: 1. skazuje niektórych członków na banicję; 2. rodzi zamieszanie; 3. może zrazić niejednego sympatyka; 4. rodzi negatywne skojarzenia z wieloma wcześniejszymi podziałami na prawicy.

Zastanawiałbym się więc, czy nie doszło tutaj do pewnego wręcz antyświadectwa.

Pewnym jest, że w Prawicy przed wyborami do PE doszło do pewnego zamieszania i może nie najlepiej świadczy to o partii od strony organizacyjnej, ale - czy z związku z tym trzeba było po wyborach iść aż tak daleko?

Nie jest przecież tak, że Prawica była o krok od jakiegoś wyborczego sukcesu i że z całą pewnością stwierdzono, że tylko i wyłącznie wolty czy domniemane wolty prezesa sprawiły, że w ostatniej chwili ów sukces uciekł partii z rąk.

Rozpatrujemy tu przecież sytuację ugrupowania, które - niestety - raczej z definicji jest w kolejnych wyborach pod kreską, więc trudno nawet udowodnić, że jedna czy druga decyzja realnie i negatywnie, w sposób niewątpliwy, zaważyła na wyborczym wyniku.

Sprawa druga.. Powiedzmy, że prezes Kawęcki "trochę" się w przedwyborczej sytuacji zagubił i nie pokazał się z najlepszej strony jako zarządzający ugrupowaniem - te zmiany decyzji co do wyborczej koalicji itp.
Tutaj pojawiają się dwa wątki. Pierwszy to taki, że ktoś - całkiem niedawno temu - tego prezesa Kawęckiego wybrał. W tamtym czasie przyglądałem się tej zmianie i - powiem szczerze - dziwiłem się. Dziwiłem się, że Marek Jurek, założyciel i lider omawianego ugrupowania, będąc nadal czynnym politykiem, zrezygnował z prezesury czy też z kandydowania po raz kolejny na to stanowisko.

PiS-u ani Jarosława Kaczyńskiego wielką sympatią nie darzę, ale tutaj zarysowałbym pewną analogię i wskazałbym, że właśnie Kaczyński zachowuje stanowisko spójne i klarowne - od lat dzierżąc prezesurę partii, której jest niekwestionowanym liderem. Uważam, że tylko takie rozwiązanie ma sens. Że dopóki lider jest czynny politycznie i nie jest jeszcze, jako działacz, emerytem, zachowuje sprawność działania itp., to także w sensie formalnym powinien być liderem i brać odpowiedzialność.

Dziwiłem się więc miesiące temu owemu oddaniu prezesury przez Marka Jurka. I nieskromnie śmiem twierdzić, że moje odczucia się chyba potwierdzają. Samo środowisko Prawicy bowiem stwierdziło, co pokazują decyzje ostatnich tygodni, że ustanowienie K. Kawęckiego prezesem było, powiedzmy, krokiem niekoniecznie słusznym.

Więc - jasne (klarowne), jednolite przywództwo. Tak realnie, jak i formalnie.

Watek drugi, skoro już pan Kawęcki owym prezesem został. Czy naprawdę po tych ostatnich wyborczych zamieszaniach nie dało się go potraktować inaczej, niż to zrobiono? Członkiem partii nie jestem, więc i na statutach się nie znam, natomiast chyba obiło mi się ostatnio o uszy gdzieś na Twitterze, że jakieś pisane zasady działania partii nie pozwalały na zdjęcie prezesa z urzędu podczas kadencji. Dlatego więc - zawieszenie.

Dokonało się to w dziwnym stylu. Jeżeli np. do zmian we władzach partii potrzeba zwołania (nazdwyczajnego) zjazdu sprawozdawczo-wyborczego czy czegoś podobnego, to należało uzbroić się w cierpliwość i w taki właśnie sposób zadziałać. Czyli - z poszanowaniem wszystkich procedur. Chodziło wszakże o ocenę politycznych decyzji samego prezesa partii, a nie np. o sytuację, gdzie - wymyślam przykładową sytuację fikcyjną - jakiś szeregowy członek partii okazał się być zbyt krewkim i zwymyślał policjantów podczas interwencji drogowej.

Więc procedowanie w takim kształcie, w jakim się dokonało, wydaje mi się tutaj nieadekwatne. Skoro prezes został wybrany w zgodzie z regułami partii, to także mając do niego zastrzeżenia, poważne zastrzeżenia, należało postępować zgodnie z godnością nadanej mu funkcji i działać poprzez zjazd partii. Coś w rodzaju wotum nieufności i głosowania nad tym wotum nieufności. Sprawę należało jak najszerzej przedyskutować, choćby i na takim zjeździe, a następnie powierzyć sprawę głosom delegatów. To by wyglądało poważniej. A i Krzysztof Kawęcki nie mógłby wtedy mieć pretensji, będąc poddanym takiej procedurze i osądowi możliwie największej grupy członków swojej partii.

A tak, to jest poczucie krzywdy, związana z nim rezygnacja i finalnie nic innego, jak kolejny rozłam na prawicy. Ile to już ich było...

Reasumując, w zaistniałej sytuacji, jako sympatyk Prawicy RP oraz (z grubsza) obserwator sytuacji, stawiam pytania:

1. czy nie można było wspaniałomyślnie dopuścić w partii pluralizmu i pozwolić, bo różni jej członkowie startowali w wyborach w ramach różnych komitetów; trochę to może i dziwne, ale - kto wolnemu podmiotowi, jakim jest partia polityczna - zabroni? I tak lepszy byłby chyba taki pluralizm niż potem sianie wręcz zgorszenia przez czystki czy podziały;

2. a skoro już przyjęto założenia, że ma być jedna linia i jedna koalicja; skoro stwierdzono, że prezes Kawęcki dopuścił czy spowodował niemałe zamieszanie, to:

a) po pierwsze radziłbym rozliczyć także tych, którzy owego prezesa Kawęckiego - znając go od lat - owym prezesem uczynili :)

b) a po drugie - skoro już miano tego wybranego prezesa rozliczać - to radziłbym zrobić to w sposób bardziej uporządkowany, okazać cierpliwość i zorganizować na tę okoliczność zjazd partii; czyli działać w sposób możliwie spokojny i przemyślany, a niekoniecznie raptowny.

(Byłemu) prezesowi Kawęckiemu zarzuca się, że przed wyborami zmieniał decyzje i doprowadził - w oczach opinii publicznej - do zamieszania. Myślę, po pierwsze, że do tego zamieszania przyczyniła się cała grupa osób - z obydwu stron tego wewnątrzpartyjnego konfliktu.

A po drugie - zamieszania w partii narobiono już wcześniej, prawdopodobnie zbyt pochopnie dokonując zmiany na najwyższym stanowisku w partii.

Rysuje się wniosek, że różnym działaczom partii - na różnych etapach - zabrakło konsekwencji i realizacji jakiejś wspólnej, przemyślanej linii. Co doprowadziło do szeregu decyzji stawiających środowisko Prawicy Rzeczypospolitej w nie najlepszym świetle. I trudno już właściwie powiedzieć, na którym etapie i które decyzje okazały się gorszymi.

Główne odczucie mówi: za dużo zamieszania.

Skoro tak, to może za mało było w tym wszystkim uprzedniego przemyślenia, za mało wewnątrzpartyjnych rozmów, za mało koordynacji.

A tutaj znów dochodzimy do wniosku, że silne przywództwo, dbające o taką koordynację, jest naprawdę ważne. Nie mówię tu o dyktaturze czy rządach w partii autorytarnych. Mówię o sytuacji, gdy w partii jak najbardziej - w toku podejmowania decyzji - obecny jest dialog i dyskusja. Ale w pewnym momencie do opinii publicznej trzeba wyjść z jakąś ofertą - i wtedy chyba rzeczywiście lepiej, jeżeli ta oferta jest spójna. Jest to niewątpliwie lepsze pod kątem wizerunkowym. A nikt chyba nie ma wątpliwości, że w warunkach demokracji ów wizerunek jest czymś niezmiernie ważnym.

Silne jest więc wrażenie, że Prawicy - przed ostatnimi wyborami - zabrakło koordynacji, spójności działań. Można by w pierwszym porywie powiedzieć: "zabrakło przywództwa z prawdziwego zdarzenia". Ale to nie jest takie proste. Bo jakieś przywództwo było, ale zdaje się, że część członków partii - gdy przyszło do konkretnych działań - miała to przywództwo "w poważaniu". I robiła swoje. Stanowiło to jak gdyby otwarte, faktyczne wotum nieufności.

Ktoś pożałował, że Krzysztofowi Kawęckiemu powierzono funkcję prezesa? To na pewno...

Przypomina mi się teraz sytuacja, gdy kilka miesięcy temu dociekałem w kontakcie z Markiem Jurkiem, jak to się stało, że oddał przywództwo w partii i że prezesem został K. Kawęcki. Patrząc na ostatni ciąg wydarzeń, pytania były zasadne. Nie obwiniając w tym momencie K. Kawęckiego. W łonie Prawicy popełniono bowiem dłuższy szereg błędów i daleki jestem od winienia jakiekolwiek, jednej osoby.

Pytanie - co dalej. Czy i jakie wnioski Prawica wyciąga/wyciągnęła. Czy ten projekt polityczny będzie kontynuowany. Jaką rolę w dalszym procesie widzi dla siebie lider Marek Jurek.

Dużo pytań, mało chyba jeszcze na razie odpowiedzi.

Zresztą, gdzieś te odpowiedzi się już pewnie klarują. Pytanie, kiedy i w jakim kształcie zostaną podane do publicznej wiadomości.

Jako sympatyk i obserwator - czekam na rozwój sytuacji.

Jeżeli natomiast o coś chciałbym prosić ludzi środowiska, z którym sympatyzuję, to proszę, aby tym razem było więcej: przemyślenia, uprzedniej dyskusji, pewnego namaszczenia w działaniach, spójności, koordynacji itd. itp.

Nie wiem, czy w partii jest w tej chwili dyskusja, a jeżeli jest, to na jakim jest etapie. Jedno jest pewne: powinna się odbyć, a dalsze kroczenie z tym projektem ma sens tylko o tyle, o ile uda się dojść do rzeczywistego consensusu. A jeżeli do jesieni miałoby nie dojść do wyklarowania jasnego stanowiska, tylko dyskusja i różnice zdań trwać będą nadal, bez jasnych owoców, to pewnie lepiej sobie odpuścić.

Ważne jest bowiem, na ile środowisko jest zdolne do wspólnych i spójnych działań. W sumie najbliższy czas powinien chyba służyć m.in. ocenie, czy jest zdolne...