niedziela, 27 grudnia 2015

Niedziela Świętej Rodziny. Refleksja nt. listu biskupów.

W świątyniach całego kraju czytany jest dzisiaj, w niedzielę Świętej Rodziny, list episkopatu poświęcony - a jakże - sprawom właśnie rodziny. Mowa jest w nim także o trudnych zjawiskach dotyczących tej najmniejszej komórki społecznej czy szerzej - relacji między kobietami a mężczyznami. Pojawia się temat rozwodów, a także zbrodni aborcji. Gdy czytałem jednak ten list z ambony, dzięki czemu sam mogłem się z nim dość dokładnie zapoznać, zabrakło mi w nim jeszcze dwóch tematów, a mianowicie - in vitro i antykoncepcji.

Jak wiadomo z badań społecznych, a także z ogólnej, potocznej wiedzy, bycie osobą wierzącą niekoniecznie wiąże się od razu z chrześcijańską, katolicką ortodoksją. Wiele osób podających się za wierzące nie podąża wcale wiernie za wolą samego Boga oraz Magisterium Kościoła, ale samodzielnie (na pewno przy znaczącym udziale złego ducha - kusiciela) dobiera sobie, wg czego chce żyć, a wg czego nie. Głównym kryterium tego wyboru w większości przypadków jest prawdopodobnie wygoda - chęć wiedzenia życia możliwie "lekkiego, łatwego i przyjemnego".

Wśród osób dokonujących takich autonomicznych, subiektywnych wyborów nie brakuje katolickich małżonków - mających ważnie zawarty, sakramentalny związek - którzy przy pewnej mieszance nieświadomości i wygodnictwa sięgają po takie środki, jak właśnie in vitro czy antykoncepcja. Myślę, że szczególnie ta ostatnia jest rozpowszechniona, a to przez przesycenie wierzących mentalnością światową, od dziesięcioleci sączącą się z mediów masowych.

Dlatego osobiście żałuję, że biskupi w swoim liście - prócz np. przypomnienia, że osoby rozwiedzione żyjące w nowych związkach (z wyjątkiem tzw. białych małżeństw) nie mają prawa przystępować do Komunii świętej - nie potępili także praktyk sztucznego zapłodnienia czy antykoncepcji. Podkreślam, że chodzi tu o potępienie złych postaw, czynów, a nie ludzi - to dwie różne płaszczyzny.

Zdaje się bowiem, że tylu już wierzących - w tym małżonków - uległo pewnemu światowemu "rozwodnieniu" zdrowej, katolickiej nauki, że na miejscu byłoby przynajmniej raz w roku przypomnieć, co jest antropologiczną i moralną prawdą. Oczywiście, w ciągu roku różni hierarchowie częściej mówią o tych sprawach, ale jeśli ktoś jest religijnie w pewnej mierze oziębły, obojętny, jeśli żyje "po swojemu", to raczej (prawie na pewno) nie śledzi na co dzień wypowiedzi pasterzy. Dlatego dobrą okazją jest mocne przemówienie przy okazji dorocznego listu, który będzie usłyszany przez niemałą liczbę wiernych (o ile oczywiście odpowiedzialne osoby przyłożą się na tyle, aby te treści dobrze wybrzmiały; można bowiem odczytywać treści w sposób utrudniający ich odbiór, ale to już odrębna sprawa).

Taka jest więc moja refleksja "szaraczka" odnośnie czytanego dzisiaj listu polskich biskupów. Nie wydaje mi się, by tekst na moim niepoczytnym blogu miał jakiś oddźwięk, ale przynajmniej wyłożę, co mi "leży na wątrobie". :)

A korzystając z okazji, że trwamy w okresie liturgicznym Bożego Narodzenia, życzę tej jednej czy drugiej osobie, która te słowa przeczyta - jak największej otwartości na Boże działanie, aby dać się przeniknąć Bożej łasce, wypływającej zawsze z miłości, a następnie - będąc przemienionym przez samego Boga - zawierać nowe, głębokie i pełne miłości relacje z bliźnimi, w tym z najbliższymi, bo w końcu rzeczywistość rodziny mamy w tę niedzielę przede wszystkim na uwadze. :)

Z Bogiem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz