Chciałbym wrócić do kwestii praw autorskich w Internecie, którą poruszyłem już w pierwszej notce na tym blogu. Wtedy pokrótce wyjaśniłem, jakie mam zastrzeżenia do ściągania filmów czy muzyki z Internetu (a bardziej wprost – dlaczego jestem takiej praktyce przeciwny). Teraz chciałbym odnieść się do korzystania z treści w takich serwisach, jak np. YouTube czy wrzuta.pl.
Znajomy ksiądz, z którym rozmawiałem kiedyś o piractwie, przytoczył konkretną sytuację z przeszłości. Otóż pewien dość znany twórca katolickich filmów żalił się temu księdzu, że ktoś – wbrew jego woli – umieścił w serwisie YouTube film jego autorstwa. Materiał miał w serwisie dużą oglądalność, bo swego czasu był bardzo popularny w środowisku ludzi wierzących. Tyle tylko, że twórca, o którym mowa, zarabia na życie – na siebie i rodzinę – w taki sposób, że sprzedaje swoje filmy; w ten sposób osoba, która „wpuściła” materiał do Internetu, pozbawiła autora przynajmniej części zysków. Bo od tej pory wiele osób mogło obejrzeć film, nie płacąc za niego – i mogli nawet nie wiedzieć, że nagranie znalazło się w Internecie wbrew woli twórcy.
Piractwo to nie tylko ściąganie treści na dysk bez autoryzacji, bez zapłacenia za nie. W wielu przypadkach to także korzystanie z treści bezpośrednio przez sieć. Czy spotkaliście się kiedyś na YouTube z komunikatem, że dany materiał nie jest już dostępny, bo właściciel praw zastrzegł dostęp do niego? Bo mi się zdarzało, kiedy jeszcze luźniej podchodziłem np. do słuchania muzyki w sieci. Nawet się czasem lekko złościłem, kiedy chciałem czegoś posłuchać, a nie mogłem. Ale teraz rozumiem już twórców czy tych, którzy reprezentują ich interesy.
Tak naprawdę różnica między ściąganiem nielegalnie umieszczonych treści na swój komputer a oglądaniem ich od razu na stronach Internetowych jest niewielka. W jednym i drugim chodzi bowiem o to samo. Ktoś nielegalnie umieścił jakiś materiał (piosenkę, film itp.) w Internecie, wbrew woli właścicieli praw autorskich, a inni potem z tego dowolnie korzystają. Wytwórnia czy autorzy nie mają z tego nic albo prawie nic („prawie”, bo czasem ktoś poczuwa się do tego, by potem kupić oryginalny produkt).
Ukazując na początku przykład z autorem katolickiego filmu, chciałem pokazać, że tutaj zawsze chodzi o szacunek do konkretnych ludzi. Jan Paweł II, jeszcze jako bp Karol Wojtyła, w swoich książkach z dziedziny etyki używał pojęcia „norma personalistyczna”. W normie tej chodzi po prostu o to, aby traktować każdego człowieka zgodnie z tym, kim jest – a ZAWSZE jest osobą, ludzką osobą. Chodzi tu o to, by traktować każdego tak, jak samemu chce się być traktowanym – bo osoby (wszyscy ludzie) są sobie równe. Norma ta zawiera się w sposób mniej lub bardziej bezpośredni także w Nowym Testamencie, który jest – jak wiemy – jednym z fundamentów wiary chrześcijańskiej. Norma personalistyczna jest bowiem zasadą, na której oparte jest przykazanie miłości Boga i bliźniego, czyli istota chrześcijańskiego przesłania moralnego.
Norma ta rozciąga się na wszystkie sfery ludzkiego działania, jeśli chodzi o ich moralną ocenę. Przez jej pryzmat trzeba więc także patrzeć na korzystanie z różnego rodzaju dóbr kultury. Dotyczy to zresztą nie tylko muzyki czy filmów, ale też np. książek, które nieraz – w formie skanów – są umieszczane w sieci. Te same zasadą rozciągają się także na różnego rodzaju programy komputerowe, w tym gry.
Skala kradzieży własności intelektualnej na świecie jest bardzo duża (nie podam tu w tej chwili żadnych liczb, bo nie jest to istotne dla moich rozważań). I nieprzypadkowo używam tutaj słowa „kradzież”. Jeśli chodzi o uzasadnienie, to nie chcę się powtarzać, zapraszam więc do zapoznania się z pierwszą notką. Tutaj tylko skrótowo: ktoś inwestuje pieniądze i finalnie wypuszcza produkt na rynek po to, aby na nim zarobić, a nie rozdawać za darmo – taka jest normalna istota działalności gospodarczej, do której różne firmy, podmioty mają prawo. Na tym to polega, że aby firma mogła działać, zatrudniać ludzi, wypuszczać na rynek kolejne produkty, które interesują ludzi – to prędzej czy później musi na tych swoich produktach zarabiać. Rozdawanie za darmo nazywa się działalnością charytatywną i tym zajmują się przede wszystkim odrębne organizacje, a nie np. wytwórnie filmowe czy fonograficzne. Zresztą te też oddają część swoich zarobków do wspólnej kasy państw, na rzecz lepiej lub gorzej pojętego wspólnego dobra – bo przecież płacą podatki.
W tym tekście nie chodzi o to, żeby zanegować działanie serwisów typu YouTube. Chodzi o pewien etyczny sprzeciw wobec nielegalnego korzystania z tych narzędzi. W Internecie istnieje też przecież bardzo duży legalny obieg treści – wiele osób tworzy np. videoblogi, którymi dzielą się na popularnych stronach. Wiele firm prowadzi także własne kanały przykładowo na YT, gdzie oficjalnie dzielą się wyprodukowanymi przez siebie piosenkami czy fragmentami filmów.
Tak już mamy ułożony świat, że obieg dóbr kultury odbywa się w ogromnej mierze na zasadach biznesowych, komercyjnych. Tak samo produktów ze sklepu spożywczego czy chemicznego nie bierzemy za darmo, ale musimy za nie zapłacić – bo ktoś wcześniej musiał wyłożyć konkretne pieniądze, żeby te towary wytworzyć czy przewieźć. Pamiętajmy, że tworzenie muzyki, filmów czy gier komputerowych też kosztuje konkretne pieniądze. I jeśli chcemy te produkty uzyskać i czerpać z nich przyjemność (bo głównie chodzi w tej sferze o rozrywkę), to musimy dać coś w zamian. Te reguły trzeba szanować, aby można było powiedzieć, że żyje się uczciwie.
Ostatecznie – wracając do wspomnianej już normy personalistycznej – postuluję takie korzystanie z różnego rodzaju treści, jakiego życzą sobie ich autorzy. Nie ma przy tym obawy, że ceny będą windowane do niebotycznych rozmiarów. Ceny są takie, jakie ktoś jest w stanie zapłacić. Twórcy wiedzą, że nie mogą ustalać zbyt wysokich, bo wtedy nikt nie będzie kupować, a oni nie będą zarabiać. Należy tylko pamiętać o jednym: jeśli jednak cena na moją konkretną kieszeń jest zbyt wysoka, to w ramach uczciwości nie pozostaje mi nic innego, jak zrezygnować z danej treści. Nie mam prawa „wykradać” jej z Internetu, korzystając z okazji, że ktoś ją tam wcześniej nielegalnie umieścił. Nie mam pieniędzy na batonika – nie kupuję batonika. Prosta, przejrzysta zasada.
Chciałbym jeszcze na koniec zastrzec, że nie jestem na usługach żadnej firmy fonograficznej ani innego tego rodzaju podmiotu. ;) Moje poglądy są po prostu wyrazem kilku dobrych lat refleksji na ten temat. W którymś momencie dostrzegłem, że korzystanie z treści w Internecie niesie ze sobą konkretne pytania natury etycznej – i domagały się one rozwiązania, odpowiedzi. Sumienie wsparte przemyśleniami – po paru latach wątpliwości, wewnętrznego mocowania się ze sobą itp. – doprowadziło mnie w końcu do takich rozwiązań, jakie zawarłem w obu notkach nt. piractwa.
Jeśli Drogim Czytelnikom nasuwają się jeszcze jakieś wątpliwości, pytania, nowe elementy tego tematu – będę wdzięczny za napisanie komentarza pod tekstem..
Witaj Adamie! Twoje argumenty są jasne i przejrzyste. Dzisiaj zachwiane zostało poczucie tego, co wolno, a co nie wypada. Coraz bardziej "nam wolno". Usypiamy swoje sumienia twierdzeniem, że przecież tak robią wszyscy. Wszyscy to nie ja. W wielu sprawach nie można milczeć, bo brak komentarza jawi się jako zgoda. Zacznijmy od siebie, pewien poeta powiedział - kamień rozbija lawiny - bądźmy więc chociaż takim małym, polnym kamykiem...
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za ten komentarz. :)
Usuńta niwa Pańska to coś jak ZAiKS? Tak to wygląda
OdpowiedzUsuń